Dziennikarz Wojciech S. podciął sobie żyły w warszawskim kościele

awe, ga, cheko, PAP
30.07.2008 , aktualizacja: 31.07.2008 10:40
A A A Drukuj
Wojciech S., dziennikarz podejrzewany o składanie korupcyjnych propozycji byłym oficerom WSI, podciął sobie żyły w kościele Św. Stanisława Kostki. Cztery godziny później jego kolega Leszek Misiak powiedział portalowi Gazeta.pl, że Wojciech S. został już przeniesiony z oddziału intensywnej terapii na oddział psychiatryczny.
Wojciech S.
Fot. Adam Urbanek PAP
Wojciech S.
Kościół Św. Stanisława Kostki, w którym dziennikarz próbował popełnić samobójstwo.
Fot. Bartosz Bobkowski / AG
Kościół Św. Stanisława Kostki, w którym dziennikarz próbował popełnić samobójstwo.
Wczoraj sąd wydał decyzję o aresztowaniu Wojciecha S.



- Wojtek od kilku dni był załamany, sugerował, że sobie coś zrobi, ale związani z naszą redakcją dziennikarze próbowali go odwieść od dramatycznej decyzji - mówi serwisowi tvp.info Dorota Kania, wicenaczelna witryny Niezależna.pl, na której pojawiła się pierwsza informacja o próbie samobójczej Wojciecha S. Dziennikarz podciął sobie żyły w jednym z najbardziej znanych kościołów w Polsce - kościele Św. Stanisława Kostki w Warszawie. To tu Msze za Ojczyznę odprawiał ksiądz Jerzy Popiełuszko.

Według żony Wojciecha S., dziennikarz podjął próbę samobójczą w kościele, do którego wszedł by - jak jej powiedział - pomodlić się. W tym czasie ona poszła po zakupy. Gdy wierni przebywający w świątyni zauważyli zakrwawionego człowieka, zaalarmowali siostrę zakonną, a ta wezwała pomoc.

- Był zaprzyjaźniony z naszą parafią, jeszcze wczoraj uczestniczył w mszy - mówi prałat Zygmunt Malacki, proboszcz na warszawskim Żoliborzu. Dziennikarza zabrało z kościoła pogotowie. Obecnie przebywa w Szpitalu Bielańskim.

Policja bada okoliczności próby samobójczej Wojciecha S.

Dziennikarz zostanie przesłuchany w związku z próbą targnięcia się na swoje życie - informuje serwis tvp.info.

-Wyjaśniamy okoliczności w jakich doszło do samookaleczenia - mówi serwisowi tvp. info Marcin Szyndler, rzecznik komendy stołecznej policji. Ze wstępnych ustaleń wynika, że dziennikarz podciął sobie żyły żyletką lub bardzo podobnym narzędziem. Serwis tvp.info ustalił, że miał na ręku rany długości od półtora do dwóch i pół centymetrów.

Policja sprawdziła też doniesienia części mediów o tym, że już w maju, po zatrzymaniu przez ABW, Sumliński usiłował targnąć się na swoje życie w policyjnym areszcie mokotowskiej komendy rejonowej. Dziennikarz spędził tam dwie noce, ale nie ma żadnych zapisów o tym, by dokonał wtedy samookaleczenia.

Misiak: Obiecał mi, że nie targnie się na życie

Dziennikarz został zatrzymany przez ABW w maju. Prokuratura zarzuca mu, że od grudnia 2006 roku do stycznia 2007, powołując się na kontakty w komisji weryfikacyjnej WSI, oferował byłym oficerom pozytywną weryfikację w zamian za łapówkę. S. zdecydowanie odpierał zarzuty. Twierdził, że cała akcja to zemsta wojskowych służb za jego artykuły śledcze. Wojciech S. - pomimo decyzji sądu - był na wolności. Mógł się liczyć się z tym, że w każdej chwili zostanie zatrzymany przez policję i trafi do aresztu. I taka decyzję podjął wczoraj warszawski sąd.

Dziennikarz witryny Niezależna.pl powiedział nam, że rozmawiał niedawno ze swoim kolegą. - Był załamany. Obawiał się, że trafi do aresztu wydobywczego na kilka lat - zdradził Leszek Misiak. Tłumaczył, że sytuacja aresztowanego jest trudna: ma niepracującą żonę, dzieci, kredyty bankowe. Misiak nie ukrywa, że jego kolega ostrzegał go, że może targnąć się na życie. - Jednak obiecał, że tego nie zrobi. Uznałem, że się z tego wycofał - powiedział portalowi Gazeta.pl

Wojciech S.: Wiceszef ABW mi groził

Środowa "Rzeczpospolita" napisała, że jeszcze przed decyzją sądu o areszcie dla S., dziennikarz przekazał gazecie list, w którym pisze o prowadzonych ostatnio dziennikarskich śledztwach i sugeruje w nim, że "mógł się tym narazić wielu osobom". Według "Rz", Wojciech S. twierdzi, że wiceszef ABW Jacek Mąka miał mu grozić za to, że zajmował się sprawą jego mieszkania. Zdaniem S., warte ok. miliona złotych lokum Mąka uzyskał niezgodnie z prawem. Wojciech S. twierdzi też, że Mąka usiłował zmusić b. szefa lubelskiej delegatury Agencji do złożenia fałszywych zeznań przeciwko Zbigniewowi Wassermannowi.

- Fragmenty listu, cytowane przez "Rz", a dotyczące ppłk. Jacka Mąki zawierają nieprawdziwe informacje a fałszywe oskarżenia i pomówienia kierowane przez osoby, którym prokuratura stawia zarzuty, to element linii obrony, często wykorzystywany przez podejrzanych - tak do publikacji "Rzeczpospolitej" odniosła się ABW w swoim oświadczeniu.

"Zniszczono mnie, moją Bogu ducha winną rodzinę"

Na łamach portalu "Niezależna.pl" opublikowany został list Wojciecha S., w którym przedstawia on całą sytuację ze swojego punktu widzenia.

"Nie znam wszystkich odpowiedzi. Wiem tylko, że w obliczu decyzji sądu o zastosowaniu względem mnie aresztu na czas śledztwa, zapewne wieloletniego śledztwa, nie mam już przeszłości, teraźniejszości ani przyszłości. Zniszczono mnie, moją Bogu ducha winną rodzinę. Teraz, po zatrzymaniu mnie w areszcie może się zacząć spektakl medialny. Raz na jakiś czas być może zostanie wypuszczona informacja o "postępach w śledztwie" - i tak do wyborów, prezydenckich i parlamentarnych (w ABW jest nieformalna dyrektywa, by sprawę spowalniać). Za kilka lat nikt może nie pamiętać o mnie i mojej rodzinie, która w międzyczasie może zostać zamęczona atmosferą nagonki i zlicytowana. Wszystko, co mamy, oparte jest o kredyty i leasingi, a ja jestem jedynym źródłem utrzymania dla niepracującej żony i trójki córeczek" - pisze w liście S.

- To poruszające wyznanie - podkreśla we wstępie do listu S. jego kolega, Leszek Misiak. - Dziennikarz podkreśla, że jest całkowicie niewinny. Mówi nam, jaka według niego jest prawda w sprawie oskarżenia go przez prokuraturę i opowiada o rzeczywistych kontaktach z bohaterami śledztwa prokuratorskiego.

Przeczytaj cały list Wojciecha S.

Podziel się