Czytaj też: Awantura na komisji była wyreżyserowana
Komorowski powiedział, że jego zdaniem doszło do stosowania pogróżek pod adresem prokuratora krajowego. Zaznaczył, że jeszcze będzie należało to sprawdzić. Dodał, że tą sprawą powinna zająć się prokuratura.
Chodzi o awanturę w trakcie posiedzenia sejmowej komisji regulaminowej debatującej nad uchyleniem immunitetu byłemu ministrowi sprawiedliwości Zbigniewowi Ziobrze. Na posiedzenie przyszło wówczas ok. 100 posłów, którzy zagłuszali posiedzenie okrzykami "Skandal!", "Hańba!", "Precz z komuną!", "Precz z Platformą!". Sam Ziobro na posiedzeniu się nie zjawił, przebywał wówczas w Krakowie.
W atmosferze krzyków na sali, zastępca Prokuratora Generalnego Marek Staszak próbował odczytać akta dotyczące sprawy Ziobry. Przeciwko temu protestował reprezentujący przed komisją Ziobrę Mularczyk.
"Trzeba by wyobraźni Lema, żeby to przewidzieć" Marszałek uważa, że regulamin prac Sejmu i komisji tej izby musi ulec zmianie. Podkreślił, że taka sytuacja pojawiła się po raz pierwszy w historii polskiego parlamentaryzmu. - Trzeba by mieć wyobraźnię Lema, żeby to przewidzieć w porę - stwierdził gość Polskiego Radia. Jak powiedział, posłowie
PiS sięgnęli po metodę fizycznego uniemożliwienia prac komisji. Dodał, że do tej pory nikt nie mógł przypuszczać, by do awantur dochodziło na poziomie komisji i podkomisji, dlatego w regulaminie nie ma odpowiednich rozwiązań. Jak zaznaczył marszałek Sejmu, nie zgodzi się on na anarchię i blokowanie prac izby.
Zdaniem gościa "Sygnałów Dnia" nagłe zwołanie komisji regulaminowej nie było "pułapką" zastawioną na Zbigniewa Ziobrę. Bronisław Komorowski zwrócił uwagę na to, że były minister sprawiedliwości wyjeżdżał z Warszawy do Krakowa w momencie, gdy już było dawno po rozpoczęciu obrad komisji. - Wyjeżdżał, mając świadomość, że czmycha, że ucieka z Warszawy - podkreślił gość Polskiego Radia. Marszałek Sejmu podkreślił, że obowiązkiem Zbigniewa Ziobro było dostosować się do wezwania komisji regulaminowej, a nie na odwrót.