Brytyjska gazeta powołuje się na raport Międzynarodowego Zrzeszenia Mechaników Pokładowych (AEI), sporządzony na podstawie danych z dzienników pokładowych samolotów odbywających loty do i z Wielkiej Brytanii. Raport wskazuje, że aż 80-90 procent awarii maszyn zgłaszanych jest dopiero w drodze do macierzystego lotniska albo po zakończeniu pracy przez pilota. Oznacza to, że co 20 samolot latający nad Europą, należący do zwykłych lub tanich linii lotniczych, ma usterki wymagające naprawy.
Wśród awarii, które nie zostały zgłoszone przez pilotów mechanicy znaleźli m.in. wyciek płynu hamulcowego i rozszczelnienie kabiny pasażerów.
Piloci nie informują od razu o usterkach, bo dzięki temu nie mają opóźnień w lotach, mogą zaoszczędzić na wynajęciu ekipy remontowej w obcym porcie lotniczym oraz przeprowadzić naprawę przez własnych mechaników, którzy najlepiej znają samolot. Dla przewoźnika jest to więc oszczędność czasu i pieniędzy, może jednak stanowić zagrożenie dla życia pasażerów i załogi. Samoloty mogą, co prawda, latać z pewnymi usterkami, jednak ich zgłaszanie jest istotne, żeby móc przedsięwziąć odpowiednie środki ostrożności.
Zdaniem AEI, przykładem zbagatelizowania usterki była katastrofa Boeinga 737 należącego do greckich linii lotniczych Helios, który rozbił się w 2005 roku nieopodal Aten ze 121 osobami na pokładzie. Piloci odbywający wcześniej lot tym samolotem nie zgłosili usterki polegającej na ustawieniu w złej pozycji przełącznika sterującego układem wyrównującym ciśnienie tlenu wewnątrz samolotu. W wyniku tego zaraz po starcie załoga i pasażerowie samolotu stracili przytomność z powodu braku tlenu i samolot pozostawiony bez kontroli rozbił się.
Mechanicy pokładowi z AEI, organizacji zrzeszającej 45 tys. osób, dobrowolnie przeszukiwali dzienniki pokładowe samolotów, szukając informacji dotyczących usterek oraz czasu, kiedy zostały zgłoszone. Jeden z mechaników przejrzał 40 dzienników obejmujących 3 tys. lotów i odkrył, że 90 procent awarii zostało zgłoszonych dopiero po ostatnim locie danego dnia, kiedy samolot wrócił na macierzyste lotnisko.
Szczegółowe dane z dzienników pokładowych nie mogą zostać upublicznione, gdyż mechanicy przeglądali je w sekrecie, nie jest to bowiem obowiązek ich, lecz krajowych instytucji nadzoru ruchu lotniczego.
Sekretarz generalny AEI Fred Bruggeman, twierdzi na łamach "The Independent", że brak odzewu na ich raport ze strony instytucji nadzorujących ruch lotniczy oznacza, że boją się one otwierać puszkę Pandory. "Najwyraźniej dogadały się z przewoźnikami i nie traktują poważnie względów bezpieczeństwa" - mówi Bruggeman. Ma on jednak nadzieję, że po ujawnieniu sporządzonego przez jego organizację raportu, instytucje te ponownie skontrolują dzienniki lotów i dojdą do takich samych wniosków.
Richard Taylor ze brytyjskiej Służby kontroli ruchu lotniczego powiedział dziennikowi "The Independent", że jego instytucja regularnie kontroluje bezpieczeństwo lotów i do tej pory nie natrafiła na żadne uchybienia. Zdaniem Taylora, AEI nie przedstawiła im konkretnych przykładów zaniedbań, choć ma taki obowiązek.
Z kolei mechanicy pokładowi skarżą się, że pracodawcy wywierają na nich presję, żeby zdradzili szczegóły raportu.
Frank Taylor, badający przyczyny katastrof lotniczych, przyznaje, że w branży lotniczej względy ekonomiczne przysłaniają czasem względy bezpieczeństwa, przez co zdarzają się sytuacje, kiedy przewoźnicy ignorują sygnały o usterkach, które powinni potraktować poważnie.