Fruwając pod koszem: Inwazja śmierci z Plutona na cel wzięła planetę zieloną

Kiedy kilka tygodni temu dziennikarze zapytali komisarza NBA Davida Sterna, czy chciałby, żeby w wielkim finale spotkali się Boston Celtics i Los Angeles Lakers, ten odpowiedział, że w ogóle o tym nie myśli. Kłamał.
Jeszcze rok temu oba kluby były w totalnej rozsypce. Kobe Bryant wygłosił płomienną tyradę, że nie może wszystkiego robić sam i że skoro menedżerowie nie potrafią zapewnić klubowi niezbędnych wzmocnień, to on chce odejść gdziekolwiek - choćby na Plutona. Tymczasem Boston Celtics po przegranej loterii draftowej byli największym chyba pośmiewiskiem ligi, a Kevin Garnett zawetował swój transfer z Minnesoty do Bostonu, twierdząc, że to klub bez przyszłości.

Jak widać, w NBA przez rok sporo może się zdarzyć.

Dziś Kobe i Garnett chcą grać w swoich klubach do końca świata, a my szykujemy się do pojedynku, który spokojnie nazwać można finałem marzeń.

Po pierwsze - ze względu na przeszłość.

Spotykają się dwie najbardziej utytułowane ekipy w historii. Ekipy, których rywalizacja - najpierw w latach 60., potem w 80. elektryzowała kibiców na całym świecie. - Jeśli nie wiesz nic o historii rywalizacji Lakers - Celtics, to nic nie wiesz o koszykówce. Już się nie mogę doczekać - mówi Kevin Garnett, wspominając, że jako dzieciak tak wgapiał się w telewizor, że mama martwiła się, że sobie wzrok popsuje. A Paul Pierce wychował się w Los Angeles, więc ówczesnych gwiazd Celtics - Larry'ego Birda, Kevina McHale'a i Roberta Parisha - nienawidził. Wschodnie Wybrzeże kontra Zachodnie Wybrzeże. Bill Russell kontra Elgin Baylor. John Havlicek kontra Jerry West. Potem Bird kontra Magic. McHale kontra Jabbar. To podczas meczów Lakers - Celtics narodził się słynny okrzyk "Beat L.A.!" skandowany do dzisiaj we wszystkich halach, w których przychodzi grać Lakersom.

Oto trener Phil Jackson staje przed szansą zdobycia swojego dziesiątego tytułu mistrzowskiego i odebrania palmy pierwszeństwa zmarłemu w 2006 roku legendarnemu Redowi Auerbachowi, który Jacksona nie lubił i bagatelizował jego dokonania.

Oto stają naprzeciwko siebie Kobe Bryant i Ray Allen, którzy - mówiąc delikatnie - nie przepadają za sobą. Cztery lata temu, gdy z Los Angeles odchodził Shaq, Ray zapowiedział: - Kobe będzie teraz egoistą. Będzie chciał udowodnić całemu światu, że lepiej mu się gra bez Shaqa. Będzie zdobywał ponad 30 punktów. Ale pytanie brzmi, czy będzie w stanie zdobyć tytuł. Stawiam, że za dwa lata będzie miał dość przegrywania, pójdzie do Jerry'ego Bussa i powie: "Potrzebuję kogoś do pomocy - albo powie - sprzedaj mnie". A ja powiem wtedy: "A nie mówiłem?".

Jak się okazało, Ray pomylił się o rok. Kobe o tym na pewno nie zapomniał - zażądał potem od dziennikarzy, żeby nie wymieniali go z Allenem w jednym zdaniu, a do samego Raya wydzwaniał przed meczami, w których mieli stanąć naprzeciwko siebie i straszył, że skopie mu tyłek.

Po drugie - ze względu na teraźniejszość.

W finale zagrają dwie naprawdę najlepsze drużyny w NBA (po raz pierwszy od ośmiu lat do finału awansowały zespoły, które wygrały sezon zasadniczy na Wschodzie i na Zachodzie).

Bostończycy po pozyskaniu Allena i Garnetta totalnie zdominowali pierwszą połowę sezonu, łącznie wygrali 66 meczów i przystąpili do play-off z przewagą własnego parkietu. Tu jednak dopadła ich zadyszka. Najpierw nie potrafili wygrać ani razu na wyjeździe ze słabiutką Atlantą, potem męczyli się z LeBronem Jamesem i jego Cavaliers. Przełom w ich głowach dokonał się chyba dopiero, kiedy przegrali u siebie drugi mecz z Pistons. Musieli w końcu wygrać na wyjeździe, więc wygrali - i to nie tylko mecz nr 3, potem pokonali rywali w ich hali również w decydującym szóstym spotkaniu. Zadali kłam sceptykom, którzy wypominali, że Garnett, Allen i Pierce nigdy nic nie wygrali, że w ostatnich kwartach zaczną im drżeć ręce, że pękną. Nie pękli, a trudności, na które napotykali w drodze do wielkiego finału, na pewno jeszcze ich wzmocniły.

Ale dziś większość ekspertów stawia na Lakers, którzy niczym rozpędzony pociąg przejechali się najpierw po Denver Nuggets (do zera), potem po Utah Jazz, a w finale konferencji obrońcom tytułu z San Antonio pozwolili wygrać tylko raz. W sezonie zasadniczym bezpośrednią konfrontację dwukrotnie łatwo wygrywali Celtics, ale to bez znaczenia, tym bardziej że mecze zostały rozegrane w listopadzie i grudniu, zanim Lakers pozyskali z Memphis skrzydłowego Pau Gasola. Obie drużyny mają swoje Wielkie Trójki - Garnett, Allen, Pierce kontra Kobe, Gasol, Lamar Odom. Kobe kontra Garnett. Najlepszy koszykarz świata (średnio 32 punkty w play-off przy skuteczności 51 proc.) kontra najbardziej wszechstronny koszykarz świata. Wreszcie Phil Jackson kontra Doc Rivers. Trener wybitny kontra trener bezradny, który ma w tej serii chyba najwięcej do udowodnienia. A na trybunach Jack Nicholson. Czegóż chcieć więcej?

Po trzecie - ze względu na przyszłość.

W finale zderzą się ze sobą desperacka strategia "wszystko albo nic" menedżera Celtics Danny'ego Ainge'a z konsekwentną strategią "co nagle, to po diable" menedżera Lakers Mitcha Kupchaka. Celtom czas ucieka. Zeszłoroczny manewr z oddaniem młodego Ala Jeffersona i wyborów w drafcie za dwie supergwiazdy był inwestycją krótkoterminową. Wielka Trójka ma 31, 32 i 33 lata. Muszą się spieszyć, więcej szans mogą już od losu nie dostać.

Lakers wręcz przeciwnie. Ich powrót na szczyt jest wcześniejszy, niż można się było spodziewać. Kobe za trzy miesiące skończy trzydziestkę, wszyscy (za wyjątkiem Dereka Fishera) koledzy są od niego młodsi. W przyszłym sezonie do kolegów dołączy zdrowy center Andrew Bynum. Jeśli nawet Lakers nie wygrają teraz, to pewnie wygrają za rok albo dwa.

Przedstawienie zaczyna się w czwartek w nocy. Reżyserzy i aktorzy są dobrani idealnie, oby scenarzyści też stanęli na wysokości zadania. Oby były dogrywki, niewiarygodne pojedynki strzeleckie, decydujące rzuty równo z syreną końcową, niesamowite odrabianie strat, emocje do końca. No i oby był to dramat w siedmiu aktach.



Kronika towarzyska

W ostatniej akcji meczu numer 4, przy dwupunktowym prowadzeniu Lakers, Derek Fisher wpadł na Brenta Barry'ego. Sędziowie nie gwizdnęli jednak faulu, zdezorientowany Barry rzucił za trzy i spudłował. Po ostatnim gwizdku w internecie zawrzało od teorii spiskowych (wiadomo przecież, że komisarz NBA marzył o tym, by to Lakers byli w finale), trenerzy i zawodnicy Spurs zachowali jednak klasę. - Sam bym tego nie gwizdnął - powiedział Barry. - W normalnym meczu może tak, ale nie w finałach konferencji.

Dzień później NBA przyznała, że sędzia się pomylił, powinien gwizdnąć Fisherowi faul. - O, dzięki, to naprawdę pomocne. Wyślę NBA jakieś kwiaty - skomentował Gregg Popovich. A Brent Barry, nawiązując do "Powrotu do przyszłości", dodał: - Wspaniale! Doktor Brown czeka na mnie na zewnątrz, wskakujemy do DeLoreana, odpalamy wehikuł czasu, cofamy się w przeszłość, żebym mógł rzucić wolne.

NBA postanowiła też wypowiedzieć wojnę symulantom. "Floperzy", którzy przy byle kontakcie z rywalem padają na ziemię jak ścięci, mają być karani grzywnami finansowymi. Źle to wróży dalszej karierze Manu Ginobilego.

Ciekawostki

- Celtics i Lakers (raz jako Minneapolis Lakers) spotykali się w finale dziesięciokrotnie. W pierwszych ośmiu pojedynkach wygrywał Boston, w dwóch ostatnich - Los Angeles.

- Pojedynki Celtics - Lakers czterokrotnie trwały przez siedem meczów. Za każdym razem wygrywał Boston.

- 21 lat temu, gdy Lakers i Celtics spotkali się ostatni raz w finałach NBA, w finałach Wschodu Celtowie też grali z Detroit. I też męczyli się strasznie, wygrywając ostatecznie 4:3. Na Zachodzie Lakers łatwo rozprawili się z Seattle Supersonics i, podobnie jak dziś, mieli więcej czasu na odpoczynek. W finałach Lakers wygrali 4:2, MVP został Magic Johnson, o którym Larry Bird mówił: "Wielki, wielki gracz; najlepszy, jakiego kiedykolwiek widziałem".

- Dziewięciu z dziesięciu ekspertów ESPN stawia w finale na Lakers. Wyłamał się jedynie Tim Legler, który obstawia zwycięstwo Bostonu w siedmiu meczach.

- Po raz pierwszy od 1998 roku w finale nie zagra ani Shaquille O'Neal, ani Tim Duncan. Po raz pierwszy od 1990 roku w finale nie zagra ani Shaq, ani Duncan, ani Michael Jordan, ani Hakeem Olajuwon. Ciekawe, prawda?

Niezłe numery

2 punkty (z rzutów wolnych) w 5 meczach, 0/9 z pola. Dla 38-letniego Roberta Horry'ego seria z Lakersami była najgorszą w karierze. I chyba ostatnią. Pan "Ważny Rzut" myśli o emeryturze.

19 punktów, 15 zbiorek, 10 asyst - triple-double Tima Duncana w meczu numer 5 pokazuje, że teorie, jakoby dziadek Tim zaczynał się kończyć, są jednak mocno przedwczesne.

Złota myśl

- Przegraliśmy, więc naokoło wciąż słyszę ludzi, którzy mówią: ale jesteście starzy. W zeszłym roku wygraliśmy, a ci sami ludzie mówili: ale jesteście doświadczeni - Gregg Popovich, trener San Antonio Spurs.

- Jakiś demon mnie opętał, co miałem zrobić? - Kobe Bryant po ostatnim meczu finałów Zachodu, w którym rzucił 39 punktów (17 w czwartej kwarcie).