Lechosław Goździk nie żyje

W środę rano w swoim świnoujskim domu zmarł Lechosław Goździk, legendarny przywódca robotników z 1956 r., później rybak.
Do 1980 r., kiedy to Goździka odnalazła w Świnoujściu Hanna Krall, nikt z jego otoczenia, nawet żona i córka, nie wiedział, że to "ten Goździk". Kiedy zdarzało się, że ktoś przypominał sobie nazwisko, mawiał: "Tamten, to nawet nie moja rodzina".

- Wciąż przychodzą do mnie dziennikarze - mówił "Gazecie" przed 15 laty. - Opowiadam im o rybach, a oni piszą o Październiku. Ja nie chcę być pomnikiem, bohaterem, sztandarem.

W Październiku '56 miał 25 lat. Przez robotników Fabryki Samochodów Osobowych na Żeraniu został wybrany na I sekretarza Komitetu Zakładowego PZPR. W bezpośrednich wyborach. Był ikoną tamtych przemian: młody, przystojny, w prochowcu z podniesionym kołnierzem wyglądał jak filmowy amant, a nie działacz. Do historii przeszło jego wystąpienie na wiecu na Politechnice Warszawskiej. Stolica kipiała od emocji. Ludzie nie słuchają partyjnych działaczy. Wygwizdują wszystkich po kolei. Goździk bierze mikrofon i... też zaczyna gwizdać. Po chwili pyta: "Czy mamy skorzystać z szansy, jaka się nadarza w naszym kraju, czy przegwizdamy tę szansę?" Przekonał salę. Był gotów bronić swojego zakładu przed sowieckimi wojskami za pomocą butelek z benzyną, ale powstrzymał marsz warszawiaków na ambasadę ZSRR.

Kiedy zaczął krytykować Gomułkę, musiał odejść. Zaszczuty, w 1965 r., wyjeżdżając z Warszawy, spalił wszystkie zdjęcia i wycinki prasowe, które świadczyły o jego przeszłości. O jego losach zadecydowała kasjerka z warszawskiego dworca. - Poprosiłem ją o bilet do stacji, gdzie pociągi już dalej nie jadą - wspominał.

W Świnoujściu kupił z demobilu drewniany kuter. Pokochał morze. W latach 60., kiedy kolektywizowano rybołówstwo, był jedynym prywatnym armatorem w Świnoujściu. W nowych czasach został prezesem Stowarzyszenia Rybaków Polskich. W 1994 r. został radnym miejskim i przewodniczącym rady miasta, cztery lata później - wiceszefem sejmiku województwa zachodniopomorskiego.

- W radzie Świnoujścia miał wielki autorytet - wspomina wiceprezydent Świnoujścia Andrzej Szczodry. - Kiedy mówił, na sali zapadała cisza.

Na emeryturze poświęcił się żeglarstwu. Ostatnio ciężko chorował, przyjaciele wiedzieli, że odchodzi.