Nowo narodzony syn umierał w jego ramionach

Stracili wszystko. Widzieli, jak ich znajomi, dzieci, toną w odmętach wody - ofiary tragicznego cyklonu w Birmie opowiadają dramatyczne relacje z walki ze śmiertelnym żywiołem.
Gdy cyklon wzmagał się wokół niego, Ko Zaw Min jedną ręką uchwycił się drzewa, a drugą trzymał mocno swojego nowo narodzonego syna. Malec nie mógł oddychać, gdy wiatr wiał z prędkością 190 km/godzinę. Ko Zaw Min patrzył jak chłopiec umiera w jego ramionach. A potem, pół godziny później, zobaczył, jak jego starszy 9-letni syn nie wydając z siebie żadnego dźwięku spada z drzewa i znika w kotłującej się w dole słonej wodzie.

Ko Zaw Min, jego żona i 11-letnia córeczka utrzymali się na drzewie przez 10 godzin, w tym czasie deszcz chłostał ich wymęczone ciała.

Ulewa i silny wiatr przyszły 3 maja o 8 rano. Do godz. 10 powódź zmyła ich dom. Trzy godziny później Ko stracił obydwu synów.

Ko Zaw Min mówi, że trzymał ciało swojego martwego synka całą noc. Rano wyprawił mu prosty pogrzeb. - Byłem smutny, ale nie mogłem nic zrobić, by uratować mu życie - opowiada. Jest ubrany w ten sam podkoszulek i szorty, które miał na sobie w tragiczną noc.

Opowiada, że cyklon zabrał mu wszystko, co miał, włączając w to 70 koszy ryżu - ostatni plon, który schował w swojej chacie w Kyungyangon, w wiosce w delcie Irrawaddy. Znajdująca się na brzegu rzeki, niedaleko morza, wioska - szachownica pól ryżowych, chat i kilku murowanych domów połączonych ziemnymi drogami - stała dokładnie na trasie cyklonu.

Każdy murowany dom został uszkodzony, każda chata - jak ta należąca do Ko Zaw Mina - zrobiona z bambusowych tyczek i pokryta strzechą, obróciła się w stertę gnijących resztek.

- Straciłem wszystko i jestem przerażony - mówi Ko Zaw Min siedząc w murowanym domu, jednym z kilku, które przetrwały kataklizm. Sufit i ściany piętra znikły - pozostały cztery słupy w rogach.

- Nie mam pojęcia, co robić - mówi cicho i beznamiętnie, jego twarz nie ma żadnego wyrazu. Długa cisza między pytaniem a odpowiedzią zostaje przerwana przez bzyczenie muchy i chrząknięcie świni dochodzące z zewnątrz domu.

Podobne tragiczne historie jak Ko Zaw Min może opowiedzieć ponad 28 tys. ludzi. Pozostaje jeszcze ok. 33 tys. zaginionych (to dane rządowe).

W innej, nisko położonej wiosce Pain Na Kon przeżyło jedynie 12 osób z 300. Teraz dzielą nie tylko wielki namiot, ale także dramatyczne wspomnienia.

- Jesteśmy teraz rodziną. Pochodzimy z tego samego miejsca. Jesteśmy razem - mówi U Nyo, który stracił rodziców. Z jego rodziny przeżyła tylko jego żona i 6-letnia bratanica Mien Mien.

- Gdy szliśmy tutaj, widzieliśmy kilku martwych ludzi z naszej wioski. Reszta zaginęła. Nigdzie ich nie znaleźliśmy - mówi U Nyo.

Cała dwunastka wędrowała do miasta Labutta, brodząc godzinami po kostki w wodzie, błocie i tym, co pozostało po budynkach. Na peryferiach miasta postawili namiot.

- Wszędzie były martwe bawoły i ciała ludzi - mówi drżącym głosem Saw San Myant, żona U Nyo. - Nie mogliśmy na to patrzeć. Nie chcieliśmy patrzeć.

W namiocie jest tylko kilka cienkich koców, parę wysokoenergetycznych biszkoptów i zupa curry - dostali ją w jednym z klasztorów w Labutcie.

- Nie wiemy, kiedy im także skończy się pożywienie - mówi U Nyo patrząc na swoją bratanicę, która siedzi w ciemnościach na zewnątrz na zniszczonym ryżowym polu.

U Nyo woła ją delikatnie. Ale Mien Mien wpatruje się w ciemność. Wyprana z emocji. U Nyo idzie ze łzami w oczach do dziewczynki i siada koło niej w ciszy.

Saw San Myant opisuje cichym głosem, co się stało z ojcem małej.

- Trzymaliśmy się razem palmy kokosowej, gdy woda wciąż się podnosiła. Jej ojciec został od nas oddzielony. Próbował się chwycić tyczki od chaty, ale ona się złamała. Wiatr był zbyt silny, mała zobaczyła, jak jej ojciec znika pod wodą. Nie widzieliśmy nikogo innego. Pewnie wszyscy nie żyją - mówi Saw San Myat.

Czekali aż woda opadnie, zeszli z drzewa i chodzili od domu do domu, żeby zobaczyć, kto przeżył.

- Tylko my przetrwaliśmy - mówi.