Dla ministerstwa najważniejszy jest organ

Prezydent Miasta Szczecin uchodzi w Europie za pirata drogowego. Miesięcznie na adres magistratu przychodzi ok. 40 mandatów lub wezwań do zapłaty - z Niemiec, Francji, Włoch. Nawet jeśli prezydent nigdzie nie wyjeżdżał.
- Nie płacę - nie kryje adresat wezwań, prezydent Piotr Krzystek. - Odsyłamy pisma nadawcom z wyjaśnieniem, że to pomyłka.

Mandaty zaczęły przychodzić latem 2004 r., krótko po wprowadzeniu w Polsce nowego wzoru dowodów rejestracyjnych pojazdów. Powód? Nowe dokumenty są fatalnie zaprojektowane. Na pierwszej stronie jest wydrukowana wielkimi literami nazwa organu wydającego i jego adres, nie ma danych właściciela samochodu. To wprowadza w błąd zagranicznych policjantów i urzędników. Uznają, że "Prezydent Miasta Szczecin" to imiona i nazwisko przyłapanego na wykroczeniu. I na niego wypisują mandaty (wprawdzie dane kierowcy powinni spisywać z prawa jazdy, ale... jakoś tego nie robią).

- Wymiany dowodów rejestracyjnych dokonaliśmy, by dostosować ich wzór do wymagań Unii Europejskiej [określa je unijna Dyrektywa z 29 kwietnia 1999 r. w sprawie dokumentów rejestracyjnych pojazdów - przyp. red.] - informuje Teresa Jakutowicz, zastępca dyrektora biura prasowego Ministerstwa Infrastruktury.

Dyrektywa unifikuje dane w dowodach rejestracyjnych we wszystkich państwach UE. W rubryce oznaczonej literą "A" wszędzie ma być numer rejestracyjny, pod literą "B" - data pierwszej rejestracji, pod "C" - dane personalne właściciela auta, pod "D" - marka i model, itd.

Jednak kolejność rubryk nie jest obowiązkowa. W większości krajów pierwszymi rubrykami w dowodach są - na logikę najważniejsze - "A" i "C" (numer rejestracyjny, potem właściciel). Dla przykładu: w niemieckim dokumencie jest najpierw "Kennzeichen" (znak rejestracyjny), a pod nim "Name oder Firmenname" (nazwisko lub nazwa firmy), a w słowackim - "rok vyroby", numer VIN (identyfikacyjny), a tuż niżej - "vlastnik vozidla".

Polski dokument jest całkiem inny. Na samym początku znajduje się nazwa organu wydającego dokument. Bez żadnej literki - to kategoria w ogóle niewymagana przez Unię. Potem idą: numer rejestracyjny (A), marka (D), numer identyfikacyjny (E), data pierwszej rejestracji (B). Imię i nazwisko właściciela "wypadło" aż na ostatnią stronę (złożonej) książeczki! Żeby zagranicznym urzędnikom i policjantom było trudniej - dokument jest tylko polskojęzyczny.

Ministerstwo Infrastruktury nie widzi w tym żadnego problemu: - Zarówno Komisja Europejska, której przekazano wzór polskiego dowodu rejestracyjnego, jak i inne państwa członkowskie nie wyraziły jak dotychczas zastrzeżeń do tego dokumentu - podkreśla Jakutowicz.

Problem widzą ci, którzy muszą się tłumaczyć za niepopełnione winy. Piotr Krzystek: - Dla mnie to ewidentne: błędnie adresowane przesyłki wynikają z tego, że polskie dowody rejestracyjne są nieczytelne.

Jak dochodzi do pomyłek, przekonał się fotoreporter "Gazety" Dariusz Gorajski. Robiąc zdjęcia w Berlinie, musiał wykupić za 8 euro plakietkę upoważniającą do wjazdu do tzw. strefy ekologicznej (ścisłego centrum miasta). Sprawę załatwił w jednej z niemieckich stacji obsługi pojazdów. - Pracownica skopiowała dowód rejestracyjny, wpisała na przyklejaną do szyby plakietkę rejestrację wozu - opowiada fotoreporter. - Poprosiłem o rachunek, zaraz go dostałem. Wszystko trwało zaledwie kilkanaście minut.

Zaskoczenie przyszło dopiero w czasie rozliczania delegacji.

- Patrzę na rachunek, a tam w rubryce, gdzie powinno być moje imię i nazwisko, jest napisane jak byk: "Prezydent Miasta Szczecin" - śmieje się Darek. - Pani w stacji obsługi też się nabrała na polską "logikę".

Żeby było dziwniej: w wycofanym w 2004 r. druku dowodu dane posiadacza pojazdu były na początku. Nie wiadomo, dlaczego ktoś postanowił to zmienić.

Pytamy w Ministerstwie Infrastruktury, czy w związku z pomyłkami możliwe są poprawki.

Teresa Jakutowicz: - Ministerstwo nie planuje w najbliższym czasie zmiany wzoru dowodów rejestracyjnych.