Dokładnie o 20.00 zgaśnie oświetlenie Pałacu Kultury. Podobnie będzie w innych krajach. Sydney Opera House, Harbour Bridge w Sydney, CN Tower w Toronto, Sears Tower w Chicago, Golden Gate Bridge w San Francisco - to tylko kilka miejsc, które 29 marca przestaną być widoczne. Wszystko w ramach globalnej akcji "Godzina dla Ziemi".
Zrobiłeś zdjęcie zaciemnionego miasta? Przyślij je do nas na Alert24.pl lub MMS-em na numer (605) 24 24 24
Plan jest taki: w sobotę o godzinie 20.00 czasu lokalnego wyłączamy w domach światła na godzinę. Właściciele firm gaszą oświetlenia swoich firm, władze miasta zarządzają wyłączenie świateł na budynkach użyteczności publicznej. Pomiędzy 20.00 a 21.00 ograniczamy także korzystanie z urządzeń elektrycznych, które nie są niezbędne. Po co to wszystko? By zademonstrować, że obchodzi nas ekologia i problem globalnego ocieplenia. - Akcja ma przede wszystkim wymiar symboliczny. Konsumenci wyłączając światło dają sygnał politykom, że zmiana klimatu to dla nich istotny problem - mówi Wojciech Stępniewski z organizacji ekologicznej WWF w rozmowie z portalem Gazeta.pl.
Polska "Godzina dla Ziemi"
Polska jest jednym z 38 krajów, które wsparły "Earth Hour". Oficjalnie do udziału w projekcie zgłosiły się dwa polskie miasta: Poznań i Warszawa. - Przede wszystkim punkt 20.00. zgasimy iluminacje Pałacu Kultury i Nauki - ze względów bezpieczeństwa pozostawimy tylko czerwone oświetlenie przeszkodowe na czubku Pałacu oraz oświetlenie do szóstej kondygnacji. Zgaśnie także iluminacja budynku Wojewody Mazowieckiego, który jednocześnie jest siedzibą władz Warszawy. Zaciemnimy mury obronne Starego Miasta ale i warszawskie mosty. Zgasną też budynki w dzielnicach - szkoły, urzędy dzielnic. Wygaszone także będzie oświetlenie kościołów - powiedziała portalowi Gazeta.pl prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz. Prezydent Poznania zapowiedział, że o godz. 20.00 zgaśnie oświetlenie mostu św. Rocha, mostu Cybińskiego, katedry, Urzędu Miasta na pl. Kolegiackim, fary, ratusza, hotelu Bazar, Biblioteki Raczyńskich, Teatru Wielkiego i Teatru Nowego.
Jednak światła gasić będą ludzie z całej Polski. Władze Gniezna na stronach internetowych apelują o przyłączenie się do akcji. Mieszkańcy Gdyni na earthhour.com zapowiedzieli wyłączenie świateł w prywatnych budynkach. - Jest bardzo wiele oddolnych inicjatyw związanych z "Godziną dla Ziemi" - mówi Wojciech Stępniewski. - Młodzi ludzie piszą do nas maile, interesują się akcją, deklarują udział. Pytają np., czy wystarczy zgasić światło, czy trzeba też wyłączyć telewizor - dodaje.
"Earth Hour" to znaczący gest
- Wydaje nam się, że zgaszenie światła na godzinę to nic wielkiego. Jeśli jednak pomyślimy, że zrobi to tysiąc, dziesięć tysięcy, czy kilkaset tysięcy osób to już znaczący gest. Może on dać ludziom do myślenia - uważa dziennikarz "Gazety Wyborczej" Dominik Uhlig. - To fajny pomysł - zgadza się Adam Wajrak, dziennikarz "Dużego Formatu" zaangażowany w ochronę Doliny Rospudy. - Jednak jeśli akcja będzie polegać tylko na tym, że na chwilę zgasimy światło, to nie ma większego sensu. Chodzi o to, by przekonać ludzi do stałego oszczędzania prądu, np. do stosowania energooszczędnych żarówek.
Pierwsza "Godzina dla Ziemi": Ponad 2 miliony osób bez światła
Zaczęło się w Sydney. Pod koniec 2005 roku działacze australijskiego oddziału WWF wpadli na pomysł zorganizowania akcji pod roboczym tytułem "the big flick" (wielki pstryk). Cel: namówić Australijczyków, by umówionego dnia o określonej godzinie zgasili światła w swoich mieszkaniach i biurach. "Earth Hour 2007" miała nagłośnić problem zmiany klimatu. Pokazać, że każdy człowiek może we własnym domu walczyć z globalnym ociepleniem. A dzięki skoordynowanym działaniom, ludzie są w stanie znacznie ograniczyć niekorzystne zmiany klimatu. Pomysł wsparli m.in. politycy, biznesmeni i australijski koncern medialny Fairfax Media.
16 grudnia 2006 burmistrz Sydney ogłosił: 31 marca o godzinie 19.30 wyłączamy światła na godzinę. Tak też się stało. Ostatniego dnia marca mieszkańcy największego miasta Australii obserwowali, jak gaśnie oświetlenie Sydney Harbour Bridge i Sydney Opera House. Wiele osób wybrało się do parku niedaleko portu. Tam rozkładali koce i czekali na moment, kiedy miasto zrobi się zupełnie ciemne. Niektórzy byli zawiedzeni. - Wyłączcie je! - krzyczały dzieci widząc światła w oknach.
Wbrew oczekiwaniom wielu entuzjastów, Sydney nie pogrążyło się w ciemnościach. Mimo to, w wielu częściach miasta efekty oszczędzania prądu były widoczne gołym okiem. Organizatorzy nie mieli wątpliwości: akcja "Earth Hour 2007" okazała się ogromnym sukcesem. Według badań przeprowadzonych przez AMR Interactive: 57% mieszkańców australijskiej metropolii wzięło udział w akcji. To oznacza, że 2.2 miliona osób w mieście wyłączyło światła. Oświetlenie zgasło także w ponad 2000 biurowców. Zobacz, jak wyglądało Sydney:
Artyści: Spędzimy wieczór przy świecach
W grudniu 2007 ogłoszono kolejną edycję "Earth Hour". Tym razem akcja miała objąć cały świat. Reakcja była błyskawiczna. Prezydenci i burmistrzowie miast publicznie zapowiadali: będziemy przekonywać naszych mieszkańców do udziału w "Godzinie dla Ziemi". Powstała strona internetowa informująca o akcji. Można się na niej zarejestrować i zadeklarować: 29 marca zgaszę światło. Ile osób z całego świata przystąpi do akcji? Zobacz>>
W kampanię na rzecz oszczędzania włączyły się osoby znane na całym świecie. - Wyłączcie światło na tą jedną godzinę, Godzinę dla Ziemi - przekonywała w reklamie "Earth Hour" australijska aktorka Cate Blanchet. Do zwrócenia zainteresowania problemem globalnego ocieplenia nakłania w spocie także kanadyjska piosenkarka Nelly Furtado:
Artyści i osoby z polskiego show-businessu także zaangażowali się w oszczędzanie energii. "Earth Hour" ma oficjalnie poparcie: pisarki Beaty Pawlikowskiej, piosenkarzy: Reni Jusis i Andrzeja Piasecznego oraz tancerza Michała Piróga.
- Spędzę ten wieczór przy świecach i mam nadzieję, że wielu moich sąsiadów przyłączy się do tej akcji - zapewnia Reni Jusis. - Gdziekolwiek będę wtedy na świecie, zgaszę żarówkę - mówi Beata Pawlikowska. - Chodzi o to, że my - ludzie XXI wieku, nie znamy umiaru w konsumpcji wszystkiego, do czego mamy dostęp. Wszystkim wydaje się oczywiste, że mamy prąd i nikt nie wyobraża sobie, że mogłoby być inaczej. Mówi się o wielkich fabrykach, które zanieczyszczają środowisko. Tymczasem każdy człowiek, który nie oszczędza elektryczności, napędza taką fabrykę, wiec pośrednio także przyczynia się do zanieczyszczenia świata i atmosfery - uważa Pawlikowska.
- "Godzina dla Ziemi" ma uświadomić ludziom, że każdy z nich jest odpowiedzialny za to, co się dzieje na planecie, na której żyjemy. Jeśli wciąż będą żyli tak samo rozrzutnie i bezmyślnie, może się okazać pewnego dnia, ze "Godzina dla Ziemi" nie potrwa sześćdziesięciu minut, ale sześćdziesiąt lat, i to nie z wyboru, ale dlatego, ze nie będzie innego wyjścia - dodaje.
- Wyłączenie świateł tego samego dnia o określonej porze przez ludzi na całym świecie prawdopodobnie okaże się najgłośniejszym jak dotąd komunikatem opinii publicznej w sprawie pilnej potrzeby podjęcia globalnych działań przeciwko nadmiernemu ocieplaniu się Ziemi - mówi portalowi Gazeta.pl Reni Jusis. - Dla mnie najważniejsze jest to co pozostanie po tej akcji w naszym podejściu do oszczędzania energii - dodaje. Zachęcam wszystkich - stwórzmy dobry klimat!
Prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz uważa, że także dzięki akcjom informacyjnym zaczynamy żyć ekologicznie. - Polacy zmieniają swój stosunek do ochrony środowiska i chętniej uczestniczą w różnego rodzaju akcjach edukacyjnych. W tym roku po raz pierwszy w stolicy zorganizowaliśmy dzień z ekotorbą, podczas którego namawialiśmy Warszawiaków do rezygnacji z toreb foliowych. Siedem tysięcy płóciennych torebek rozeszło się w kilka godzin. Nauczeni doświadczeniem zamówiliśmy 40 tys. toreb, które będziemy rozdawać w trakcie Dnia Ziemi i Dni Recyclingu - mówi Hanna Gronkiewicz-Waltz dla portalu Gazeta.pl.
Krytycy: "Earth Hour" nic nie da
"Gasimy światła, włączamy wątpliwości" - napisał na swoim blogu australijski publicysta Andrew Bolt. Dziennikarz był jednym z krytyków "Godziny dla Ziemi" w Sydney. Z jego opinią zgodziło się wielu internautów. Ich wystąpienia krytykujące akcję zapoczątkowaną przez WWFmożna zobaczyć m.in. na youtube. Dlaczego zdaniem Bolta i innych przeciwników projektu "Godzina dla Ziemi" nie ma najmniejszego sensu?
Argument 1. Akcja w Sydney nie przynosi efektów. Według badań, światła zgasiło 2.2 miliona mieszkańców Sydney. Oszczędzili oni 24 tony dwutlenku węgla. Dla porównania - samochód osobowy w ciągu roku emituje 6 ton CO2, lot samolotem z Sydney do Londynu - 11. Efekt akcji: to tak, jakby na rok z dróg zniknęło 6 samochodów osobowych lub jakby odwołano zaledwie dwa przeloty
Argument 2. Bycie "Zielonym" stwarza zagrożenie. Przykład? Jeśli zgasimy światło w pracy trzeba będzie wyposażyć personel w latarki i oczyścić wszystkie podłogi, aby uniknąć wypadków. Poza tym, jak pracownicy mają korzystać z toalety podczas godziny w ciemności? - pyta Bolt. I żartuje: niedługo ludziom trzeba będzie dawać instrukcje w stylu: "Nie wyłączaj lodówki"!
Argument 3. Nie wiemy, czy człowiek jest odpowiedzialny za globalne ocieplenie. To tylko jedna z teorii Ala Gore'a
Ekolodzy i sympatycy akcji krytyką się nie przejmują. Bo nie chodzi o to, żeby w godzinę ocalić klimat. Organizatorzy i uczestnicy akcji chcą po prostu pokazać, co jest dla nich ważne.