"Bojkot igrzysk w Pekinie nic nie da"

- Wierzymy, że bojkot nie rozwiązuje niczego - powiedział prezydent Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego Jacques Rogge. Odpowiedział w ten sposób na liczne apele wystosowane z powodu chińskich represji w Tybecie: w ostatnich demonstracjach w obronie Tybetu w Lhasie mogło zginąć nawet 100 osób.
- Wierzymy, że bojkot nie rozwiązuje niczego. Przeciwnie - karze on niewinnych sportowców i przeciwdziała czemuś, co z pewnością warto organizować - powiedział Rogge na Karaibach.

W demonstracjach przeciwko chińskim rządom w Tybecie w piątek - najbardziej krwawych od blisko 20 lat - zginęło co najmniej 30 osób (wg grupy uchodźców tybetańskich), a być może nawet ponad 100 - jak donoszą Tybetańczycy w Indiach.

Chiny nakazały w środę turystom wyjazd z stolicy Tybetu Lhasy, a na ulice miasta wyszło wojsko.

W trakcie sześciodniowej podróży po Karaibach Rogge wyraził żal z powodu ofiar i powiedział, że ma nadzieję na szybkie przywrócenie pokoju w regionie. Nie odpowiedział na pytanie czy Komitet zmieni swoje stanowisko jeśli przemoc będzie trwać dalej przynosząc wzrost liczby ofiar.

Prezydent szwajcarskiego Komitetu Olimpijskiego powiedział państwowemu radiu DRS, że jest przeciwko bojkotowi, ale chce by MKOl interweniował w sprawie kłopotów w Tybecie. - Rubikon został przekroczony - powiedział Joerg Schild.

W historii miały miejsce co najmniej cztery duże bojkoty Igrzysk Olimpijskich, ale skutkowały zazwyczaj karaniem sportowców - powiedział Dawid Walecziński - założyciel i wiceprzewodniczący Międzynarodowego Klubu Historyków Olimpijskich.

- Mało prawdopodobne by MKOl zbojkotował Igrzyska. Nie zrobił tego w 1968, gdy meksykańskie władze zabiły setki niewinnych demonstrantów ledwo kilka dni przed rozpoczęciem imprezy - podkreślił Walecziński. Potępił jednak decyzję o organizacji igrzysk w Chinach.

Starcia z policją w Nowym Jorku

Przed chińskim konsulatem na Manhattanie doszło w sobotę do starcia protybetańskich manifestantów z policją. Sprzeciw wobec chińskiej polityki w Tybecie demonstrowano także w Waszyngtonie.

Kilkaset uczestniczących w niej osób, w dużej mierze etnicznych Tybetańczyków, oponowało przeciwko chińskiej okupacji ich ojczyzny oraz letnim igrzyskom olimpijskim w Pekinie.

Organizator protestu powiedział, że choć chiński konsulat w Nowym Jorku często jest sceną protestów tybetańskich uchodźców, to do zamieszek na ogół nie dochodzi. Sobotni wybuch przemocy to, jego zdaniem, rezultat poczucia przez demonstrujących całkowitej bezradności wobec sytuacji, jaka w ostatnich dniach zapanowała w Tybecie.

Także w Waszyngtonie przed chińską ambasadą około 80 osób manifestowało w sobotę swój sprzeciw wobec łamania przez chińskie władze praw człowieka w Tybecie oraz organizacji w Pekinie igrzysk olimpijskich. Podobne protesty odbyły się w Szwajcarii, Indiach i Australii.

Tybetańczycy demonstrują na całym świecie - ale sami

Manifestacje Tybetańczyków przybierają na sile od poniedziałku, gdy mnisi buddyjscy zorganizowali marsze w 49. rocznicę krwawego stłumienia tybetańskiego powstania przeciwko Chinom i ucieczki dalajlamy. W kolejnych dniach przerodziły się one w największe od 20 lat antychińskie wystąpienie. W stolicy Tybetu Lhasie manifestowało w piątek 10-20 tys. ludzi.

W sobotnim oświadczeniu o powściągliwość wobec protestujących Tybetanczyków zaapelowała do rządu w Pekinie amerykańska sekretarz stanu Condoleezza Rice. Obie strony konfliktu wezwała zaś do powstrzymania się od przemocy.

Czy świat powinien zbojkotować Igrzyska w Pekinie?