Chińczycy strzelają do buddyjskich mnichów - dwie osoby nie żyją

14.03.2008 14:47
Dwie osoby zginęły podczas starć protestujących Tybetańczyków z chińską policją. Pokojowa demonstracja zorganizowana przez buddyjskich mnichów w Lhasie, głównym mieście tybetańskiego okręgu autonomicznego a do 1959 roku stolicy niepodległego Tybetu, zgromadziła tłumy. Chińskie siły porządkowe odpowiedziały siłą. Na ulicach rozległy się strzały. Pokojowy protest zamienił się w zamieszki.
Uliczne protesty przeciw chińskiej okupacji w Tybecie ze względu na bezwzględne represje są rzadkością. Do mnichów dołączyli zwykli obywatele. Protesty zamieniły się w regularne zamieszki. Naoczny świadek doniósł BBC o dużych grupach ludzi podpalających samochody i sklepy, niszczących wszystko co kojarzy się z Chinami. Brytyjski portal podaje, że nad miastem unosi się potężny słup dymu.

Ambasada amerykańska w Pekinie cytowała doniesienia o strzałach.

Międzynarodowa Kampania na rzecz Tybetu (ICT) poinformowała, że spłonął przynajmniej jeden samochód policyjny. Spłonął również targ Tromsikhang, zatłoczona okolica handlowa.

- Wybuch przemocy może mięć także z zakazanym przez władze Indii marszem tybetańskich uchodźców w Indiach, którzy chcieli dotrzeć do granicy Tybetu - twierdzi koordynator programu Monitor Olimpijski Piotr Cykowski

Demonstrację w rocznicę powstania

Do starć doszło też w środę, gdy chińska policja próbowała powstrzymać mnichów z klasztoru Sera w Lhasie przed wyjściem na ulice. Według naocznych świadków 300 mnichów zostało zaatakowanych przez policję pałkami. Kilku bito jeszcze, gdy leżeli na ziemię.

Protesty w Tybecie trwają od początku tygodnia i są uważane za największe od 20 lat. Rozpoczęły się, gdy kilku mnichów zostało aresztowanych po marszu z okazji 49 rocznicę narodowego powstania w Tybecie. Setki mnichów wyległo na ulice domagając się zwolnienia aresztowanych. Zostali rozgonieni przy użyciu gazu łzawiącego. Trzy największe klasztory w stolicy Tybetu zostały odcięte przez policję. BBC powołując się na korespondentów twierdzi, że protesty są coraz intensywniejsze i gwałtowniejsze, mimo ciągłych zapewnień Pekinu o kontrolowaniu sytuacji.

Samobójstwa w proteście

Radio Wolna Azja powołując się na wiarygodne źródła tybetańskie informuje, że dwóch mnichów ze stołecznego klasztoru Drepung próbowało popełnić samobójstwo w proteście przeciw brutalności władz chińskich. Mnisi podcięli sobie żyły a następnie pchnęli się nożami w pierś. Obaj są w stanie krytycznym. - W desperacji wielu innych mnichów również zadało sobie rany. 12 i 13 marca w świątyni dochodziło do kolejnych protestów - cytuje radio zastrzegające anonimowość źródło.

W klasztorze Sera mnisi podjęli protest głodowy. Domagają się zwolnienia aresztowanych mnichów oraz opuszczenia przez paramilitarną Ludową Policję Zbrojną terenu klasztoru. Mnisi ślubowali nie jeść póki nie zostaną spełnione ich żądania.

Anonimowe źródła donoszą, że protesty rozlały się na klasztory poza Lhasę.

Dalajlama zaniepokojony

Tybetański rząd na wychodźstwie twierdzi, że protesty przebiegały spokojnie, wyraził zaniepokojenie brutalną reakcją władz.

- Prosimy społeczność międzynarodową i rządy na całym świecie o apelowanie do chińskich władz o bardziej umiarkowane obchodzenie się z demonstrantami - powiedział rzecznik Centralnej Administracji Tybetańskiej, która urzęduje w północnych Indiach, Thupten Samphel.

Wezwał też władze chińskie do "umiarkowanego" reagowania na protesty oraz potępił użycie przez chińską policję gazów łzawiących wobec demonstrantów.

Samphel powiedział, że nie wie, czy w zamieszkach ktoś zginął, ale potwierdził, że kilku Tybetańczyków zostało rannych.

Także wiceprzewodnicząca Stowarzyszenia Kobiet Tybetańskich B. Tsering Yeshi powiedziała, że Tybetańczycy są "bardzo zaniepokojeni" starciami w Lhasie. - To jasny sygnał, że ludzie nie są tam zadowoleni - podkreśliła.

- "Te protesty sa wyrazem głębokiego rozgoryczenia narodu tybetańskiego z powodu obecnych rządów" - napisał Dalajlama w oświadczeniu. - "Apeluję więc do chińskiego kierownictwa o zaprzestanie używania siły i rozwiązanie kwestii narastającego do dłuższego czasu rozgoryczenia drogą dialogu z narodem tybetańskim" - podkreślił.

Represje w cieniu igrzysk

Mimo, że dwa dni temu USA zdjęły Chiny z listy państw najbardziej łamiących prawa człowieka, Chiny nadal brutalnie rozprawiają się z opozycją. Niedawno chiński reżim nakazał zamknięcie wejść na najwyższy szczyt świata Mount Everest. Obawiał się, że Tybetańczycy chcąc wykorzystać ten fakt do promowania swojej sprawy zakłócą ceremonię wniesienia na szczyt ognia olimpijskiego. Po ujawnieniu tego, władze chińskie wycofały się z pomysłu zaprzeczając, by kiedykolwiek coś podobnego planowały.

Wcześniej władze chińskie poprosiły o nie wypowiadanie się ws. politycznych podczas igrzysk. Brytyjski komitet olimpijski odpowiedział na to zakazem dla swych sportowców zabierania głosu w tych sprawach.

- To skandal, aby na 147 dni przed Igrzyskami w Pekinie chińska władza z pełna brutalnością atakowała Tybetańczyków. Największe organizacje praw człowieka zdecydowanym głosem mówią, ze Tybetańczycy maja prawo wyrażać własne poglądy, gwarantowane przepisami międzynarodowymi jak i prawem krajowym - twierdzi Cykowski.

Wiele organizacji domaga się bojkotu igrzysk w Pekinie z powodu łamania praw człowieka w Chinach. Ostatnie zamieszki z pewnością się do tego dołożą. Sam Dalajlama uważa, że olimpiada w Pekinie pozwoli wywrzeć większy nacisk na reżim chiński ws. respektowania praw człowieka.

100 tys. uchodźców, 1,2 mln ofiar

10 marca 1959 roku tysiące ludzi przyszło pod siedzibę dalajlamów bronić swego przywódcy przed aresztowaniem przez Chińczyków. Zgromadzenie zamieniło się w powstanie, które władze chińskie krwawo stłumiły. Dalajlama został zmuszony do ucieczki do Indii, gdzie do dziś mieści się rząd tybetański na wychodźstwie. Wraz z nim ojczyznę opuściło 100 tys. osób.

Chiny swą obecność w Tybecie tłumaczą tym, że kraj ten zawsze należał do państwa chińskiego mimo, że w przeszłości cieszył się niepodległością. Dopiero w 1950 został brutalnie wcielony do Chin.

Okupacja Tybetu oznacza dla jego rdzennych mieszkańców regionu okrutne wynaradawianie, związane z zakazem pokazywania flagi tybetańskiej czy śpiewania hymnu narodowego. Ograniczane są też swobody religijne, a tybetańska tożsamość narodowa jest bardzo związana z buddyzmem tybetańskim. Na zachód docierały tez doniesienia o tym, że chińscy żołnierze przebijali ciężarnym Tybetankom bagnetami brzuchy.

Chińską okupację 1,2 mln Tybetańczyków opłaciło życiem.

Zobacz także
  • List - Naciskać na Chiny
  • Historia konfliktu w Tybecie
  • "Bojkot igrzysk w Pekinie nic nie da"
Skomentuj:
Chińczycy strzelają do buddyjskich mnichów - dwie osoby nie żyją
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Najnowsze informacje