Wokalista Lady Pank odwołał się od wyroku

Trafiłem kobietę butelką w oko, bo oślepiły mnie światła na scenie - twierdzi Janusz Panasewicz. Sąd: Niech prokuratura raz jeszcze to wszystko dokładnie wyjaśni.


Do skandalu doszło w lipcu ub. roku, podczas koncertu Lady Pank w Pruszczu Gdańskim z okazji święta miasta. Wokalista Janusz Panasewicz miotał się po scenie, wkładał mikrofon między nogi i kłócił z gitarzystą. W końcu złapał 1,5-litrową plastikową butelkę z wodą mineralną i rzucił nią w publiczność. Trafił w oko 23-letnią Monikę K. (pracownicę miejscowego domu kultury). Kobieta upadła, ale poza siniakiem nie doznała poważniejszych obrażeń. Gdy po koncercie Panasewicza zbadano alkomatem okazało się, że jest pijany (blisko 2 promile alkoholu).

Prokuratura Rejonowa w Pruszczu uznała, że doszło do "naruszenia nietykalności cielesnej, w warunkach występku umyślnego o charakterze chuligańskim". Wyrok nakazowy - bez przesłuchiwania świadków, stron, biegłych - zapadł w połowie stycznia przed Sądem Rejonowym w Gdańsku. Wokalista miał zapłacić 10 tys. zł grzywny i 3 tys. zł nawiązki na rzecz poszkodowanej. Panasewicz się jednak odwołał. Uważa, że prokuratura niesłusznie zarzuciła mu umyślne działanie chuligańskie. - Rzucanie butelkami z wodą na koncertach rockowych jest zwyczajowo przyjęte. Jest gorąco i ludziom chce się pić. Nie trafiłem w pokrzywdzoną celowo - broni się Panasewicz i zarzuca organizatorom, że źle oświetlili scenę. Twierdzi, że oślepiły go reflektory i przez to widział jedynie "zarys publiczności w sensie tłumu".

- To jakiś niesmaczny żart - komentuje Marek Sosnowski, prawnik burmistrza Pruszcza, organizatora koncertu. - Scena i światła zostały ustawione zgodnie z życzeniem zespołu, a do czasu skazania wokalisty nie było w tej kwestii zastrzeżeń.

Sąd zwrócił sprawę prokuraturze do uzupełnienia. W postanowieniu czytamy m.in., że niezbędne jest ustalenie, czy w rzeczywistości oskarżony miał możliwość zobaczenia poszczególnych osób, czy też oślepiały go światła.