W dniu wyborów w całym kraju rozmieszczono ponad 470 tys. policjantów i żołnierzy.
Władze potwierdziły śmierć przynajmniej 14 osób w wyniku starć związanych z wyborami.
- Głosowanie zakończyło się. W większości regionów przebiegło spokojnie - powiedział mimo ofiar przewodniczący Centralnej Komisji Wyborczej Kanwar Dilshad.
Wybory w czasie kryzysu Wybory parlamentarne w Pakistanie odbyły się w czasie poważnego kryzysu politycznego. Przy granicy pakistańsko-afgańskiej cały czas trwają walki armii rządowej z talibami. Złożyły się na niego też posunięcia prezydenta Musharrafa, który wprowadził stan wyjątkowy zawieszając m.in. działania parlamentu, sądu najwyższego, demonstracje prawników - świeckich przeciwników Musharrafa, oraz zamach na przywódczynię największej partii opozycyjnej Pakistańskiej Partii Ludowej. Bhutto zginęła 27 grudnia ataku zamachowca samobójcy, który wysadził się podczas jej przedwyborczego wiecu. Głosowanie początkowo miało odbyć się 8 stycznia, ale po zamachu przełożono je ze względów bezpieczeństwa.
Do napiętej sytuacji politycznej dołożyła się gospodarka, która nie rozwijała się tak szybko, jak wcześniej.
Napięcie nad urnami - Oczywiście, że ludzie są przestraszeni - powiedział korespondentce
New York Times wieloletni współpracownik Bhutto. Według niego, mimo wielu żołnierzy na ulicach, strach przed zamachami samobójczymi był na tyle duży, ze wielu ludzi nie poszło głosować. W północno-wschodnim Pakistanie, na terenach sympatyzujących z talibami frekwencja wyniosła raptem 20 procent. W Peszawarze, stolicy prowincji, bojówki islamskie nie dopuszczały kobiet do urn.
Dzisiejszym wyborom towarzyszyło niemałe napięcie. Wielu wyborców obawiało się, że wybory zostaną sfałszowane. Nieraz wchodzili w utarczki słowne z przedstawicielami komisji wyborczych. W kilku przypadkach trzeba było uspokajać sytuację zamykając na jakiś czas lokale wyborcze.
Krok ku demokracji? Wielu komentatorów podkreśla, że dzisiejsze wybory są ważnym krokiem na drodze Pakistanu do demokracji.
Przedwyborcze sondaże dają największe szanse na zwycięstwo Pakistańskiej Partii Ludowej (PPP), której przewodziła była premier Benazir Bhutto. Bhutto była zwolenniczką zachodniego modelu demokracji i państwa świeckiego. To przede wszystkim tym zaskarbiła sobie nienawiść islamistów.
Rządzący Pakistanem prezydent Musharraf wyszedł do władzy dzięki zamachowi stanu, oskarżany jest o gwałcenie wolności słowa. Oprócz tego sprawowanie przez niego funkcji głowy państwa oraz głównodowodzącego wojsk zostało uznane za niekonstytucyjne. Generał w końcu zrezygnował ze stanowiska w armii.
Rządząca obecnie Pakistańska Liga Muzułmańska (PML-Q) wspierająca Perveza Musharrafa, musi liczyć się ze sporymi stratami, zarówno na rzecz PPP, jak i Pakistańskiej Ligi Muzułmańskiej Nawaz (PML- N), kierowanej przez byłego premiera Nawaza Sharifa.
Wątpliwe powody do radości? Mimo wielkich nadziei wiązanych z dzisiejszymi wyborami, nie jest pewne, że przyniosą one rozwiązanie kryzysu, w którym znalazł się Pakistan. Mimo, że przedwyborcze sondaże dają pierwszeństwo PPP, to niska frekwencja może zadziałać na korzyść wspierającej Musharrafa PML-Q.
Brak zdecydowanego zwycięzcy może przerodzić się w wielomiesięczne parlamentarne przepychanki, które mogą dalej zdestabilizować kraj. Z takiej sytuacji z pewnością nie omieszkają skorzystać islamscy fundamentaliści, nieprzychylni tak Musharrafowi, jak i zwolennikom liberalnych przemian.