- Jeżeli były zagłuszane, to były zagłuszane przez BOR, instytucję powołaną do tego, by chronić rząd - mówił o pielęgniarkach Joachim Brudziński. - Z całym szacunkiem, te panie wprowadziły do Kancelarii Premiera pewną destabilizację. W miejscu, w którym urzęduje premier 40-milionowego kraju, urządziły piknik - wyjaśnił polityk PiS. Brudziński dodał, że pielęgniarki walczyły o słuszną sprawę, ale "dopuściły się złamania prawa".
- Te panie rzekomo były zagłuszane i maltretowane, a jednak na bieżąco kontaktowały się ze studiami telewizyjnymi - stwierdził poseł PiS. - Mówiąc kolokwialnie, Ciechocinka w Kancelarii nie miały. To nie był Hilton czy Ritz, ale zapewniliśmy pielęgniarkom ciepłe posiłki i koce - dodał w rozmowie z Gazetą.pl.
"Dziedziczak nie kłamał" Na pytanie, dlaczego ówczesny rzecznik rządu Jana Dziedziczak zaprzeczał informacjom o zagłuszaniu, Brudziński odpowiedział: "Jestem przekonany, że mówił szczerze. Może nie miał wiedzy". - Nie przypuszczam, żeby Jan Dziedziczak kłamał - podkreślał polityk PiS w rozmowie z portalem Gazeta.pl.
Dzisiaj rano
Zbigniew Wassermann przyznał w
radiu RMF FM, że rozmowy pielęgniarek okupujących w lecie Kancelarię Premiera, były zagłuszane. -
Zagłuszaliśmy pielęgniarki, ale w czym problem - stwierdził polityk PiS.