Chodziło o sprawę z poniedziałku Sikorski twierdził, że został pilnie wezwany do prezydenta w czasie, gdy w Brukseli brał udział w posiedzenie unijnych ministrów spraw zagranicznych. Sikorski opuścił to spotkanie i natychmiast przyleciał na spotkanie z prezydentem.
Dziś szefowa kancelarii prezydenta Anna Fotyga mówiła, że prezydent "w bardzo spokojnym i grzecznym tonie, zaprosił ministra Sikorskiego, nie precyzując godziny spotkania, dostosowując godzinę spotkania do możliwości kalendarza ministra Sikorskiego". Dodała, że Sikorski spokojnie mógł skończyć roboczy
lunch z ministrami spraw zagranicznych i wrócić do kraju rejsowym samolotem o godz. 19.10. Zaś Sikorski twierdził, że to urzędnicy kancelarii prezydenta wprowadzili głowę państwa w błąd, nie informując go szczegółowo o planie wizyt zagranicznych
Więcej "Zaproszenie od prezydenta jest rozkazem" Dziś wieczorem Sikorski podtrzymał swoje zarzuty wobec kancelarii prezydenta. Mówił jednak, że wyraził je jako "wyraz troski, żeby pan prezydent był dobrze obsługiwany". Nie chciał jednak zbyt wiele mówić o burzy, jaka rozpętała się wobec jego przerwanej wizyty w Brukseli. - Zaproszenie do prezydenta jest rozkazem. Jeśli dostaje się o godz. 16 zaproszenie, to jest mało opcji. Gdybym chciał wracać samolotem o 19.10, to byłbym u pana prezydenta dopiero po godz. 22, a to by mogło być przyczyna nieżyczliwych komentarzy. Korona mi z głowy nie spadła. Można to było lepiej zorganizować, ale są ważniejsze kwestie - mówił.
Tłumaczył też, że sprawa jego wezwania do Polski wywołała komentarze w Brukseli.