Trener Domachowskiej w Sport.pl: Wreszcie boom tenisowy?

Rozmawiał Jakub Ciastoń
2008-01-20 , aktualizacja: 20.01.2008 00:00
A A A Drukuj
- Dwie Polki tak daleko w Wielkim Szlemie to świetna wiadomość dla kibiców, zawodników, rodziców, którzy inwestują w lekcje tenisa dla dzieci. Mam nadzieję, że wreszcie będzie u nas boom na tenis z prawdziwego zdarzenia - mówi w Sport.pl trener Marty Domachowskiej.
Jakub Ciastoń: Czy awans Marty do 1/8 finału Australian Open to jej największy sukces w karierze?

Paweł Ostrowski, trener Marty Domachowskiej: Oczywiście. Marta już na pewno dostanie najwięcej w karierze punktów w jednym turnieju - 171. Nigdy wcześniej nie zdobyła aż tyle. Na pewno wróci do pierwszej setki światowego rankingu. Będzie w okolicach 75. miejsca. To dla niej skok o 71 pozycji! Wcześniejsze finały imprez WTA i wygrany w Canberze turniej w deblu to nieporównywalnie mniejsze osiągnięcia.

Co oznacza taki skok w rankingu?

- Znów będziemy mieć dwie Polki w pierwszej setce. Marta będzie mogła grać w lepszych turniejach, m.in. w USA - w Miami i Amelia Island. Bez eliminacji znów będzie też grała w Wielkim Szlemie, tak jak Radwańska. Zbliża się też szansa na wyjazd Marty na igrzyska do Pekinu. Żeby pojechać, musi być w okolicach 60. miejsca. Pekin to jeden z ważniejszych celów Marty na ten rok. Nie ma jednak szansy na polski super duet Radwańska - Domachowska. Marta ma za słaby ranking deblowy.

Mecz Marty z Chinką Na Li w III rundzie był dramatyczny. Gładko przegrany pierwszy set, ale skończyło się dobrze.

- Marta wyszła na kort troszkę zdenerwowana. Początek był nieudany. Chinka wyszła na wysokie prowadzenie, ale już w końcówce pierwszego seta było więcej wymian, gra toczyła się na przewagi. Marta "załapała się na grę". To był początek końca Na Li. Gdy Marta podjęła walkę, to w decydujących momentach zawsze była lepsza. Pewnie serwowała - to chyba był klucz do zwycięstwa. Chinka przy własnym podaniu zdecydowanie bardziej się męczyła.

Li to mniej uznane nazwisko, niż Swietłana Kuzniecowa, którą pokonała Radwańska, ale to też świetna zawodniczka...

- Chinka przed Australian Open wygrała turniej w Gold Coast. Pokonała 12. w światowym rankingu Czeszkę Nicole Vaidisovą 6:3, 6:3. Wygrała też ze Szwajcarką Patty Schnyder, 15. rakietą globu oraz Białorusinką Viktorią Azarenką, czyli numerem 25. Li była w świetnej formie i miała w Melbourne apetyt na dobry wynik. Marta popsuła jej te plany.

Jaka była taktyka na mecz z Li?

- Taka jak zawsze u Marty, której styl opiera się na agresywnym prowadzeniu wymian. Trzeba szybko je kończyć i nie dać się rozpędzić rywalce. Do tego potrzeba jest dobra gra kątowa, w miarę możliwości dobry return i pewny własny serwis. Wszystko to od początku turnieju funkcjonuje u Marty idealnie. To jest turniej jej życia.

Liczy Pan te wygrane mecze z rzędu. Który to już?

- Czternasty. Marta nie przegrała od listopada. Wówczas, grając od eliminacji triumfowała we francuskim Poitiers - osiem meczów, a w Melbourne wygrała już sześć, też grała przecież od eliminacji.

Dwie Polki w 1/8 finału Wielkiego Szlema. W klasyfikacji drużynowej w niedzielę cały czas prowadziliśmy. Mieliśmy w tej fazie turnieju więcej osób niż Francja i Australia, czyli wielkie tenisowe potęgi. Rosjanie mieli w 1/8 finału trzy osoby, o jedną więcej.

Co mam powiedzieć? Niezłe jaja i tyle. To wielki sukces polskiego tenisa. Świetna wiadomość dla kibiców, zawodników, rodziców, którzy inwestują w lekcje tenisa dla dzieci. Mam nadzieję, że wreszcie będzie u nas boom na tenis z prawdziwego zdarzenia.

Jak Pan porówna to czego dokonały dziewczyny, z osiągnięciami Wojciecha Fibaka z lat 70 i 80?

- Szczerze? Nie ma porównania. To jest kobiecy tenis, a tam był męski. To różne światy. Męski tenis jest na znacznie wyższym poziomie. Skala trudności jest nieporównywalnie wyższa. Póki co, nie mamy w Polsce nikogo, kto nawet zbliżałby się do pierwszej setki męskiego rankingu. Nie umniejsza to jednak sukcesu obu Polek. Dokonały rzeczy wielkiej.

Marta jeszcze rok temu była pod koniec drugiej setki rankingu. Co się stało, że tak się odrodziła?

- O słabszej formie decydowały sprawy mentalne. Miała problemy osobiste, nie chcę zagłębiać się w szczegóły. W każdym razie teraz znów żyje dobrze z rodziną. Mama jest dla niej wsparciem. To ważne też dla trenerów, bo Marta ma czystą głowę - koncentruje się tylko na tenisie.

Gdzie trenuje Marta? Jak wyglądają jej przygotowania?

- Na kortach Warszawianki. W zespole, oprócz mnie jest też trener od przygotowania fizycznego Mariusz Dermont, który wykonał świetną pracę. Marta mówiła po mecz z Li, że w ogóle nie czuje się zmęczona. To m.in. jego zasługa.

Jest Pan trenerem Marty, ale nie poleciał Pan do Melbourne. Dlaczego?

- Jednym z czynników, które sprawiły jesienią, że Marta zaczęła dobrze grać było to, że się usamodzielniła. W Poitiers była sama i ta metoda się sprawdziła. Uznaliśmy z jej rodzicami, że do Australii też pojedzie sama. Choć oczywiście jest w stałym kontakcie ze mną i innymi Polakami tam na miejscu, m.in. Alicją Rosolską, naszą deblistką, z którą mieszka w jednym pokoju. Inna sprawa, że ja nie mam z Martą stałego kontraktu, oprócz niej opiekuję się innymi zawodnikami. Chodzi też o pieniądze - Marta w zeszłym roku rozwiązała umowę ze sponsorem. Wydawała na wyjazdy własne oszczędności. Być może po Australian Open nasza współpraca przybierze jakąś bardziej konkretną formę.

Co Pan powie o wygranej Radwańskiej z Kuzniecową?

- Wielkie brawa dla "Isi", bo jak zwykle nie wypuściła okazji z ręki. Kuzniecowa chyba się Polki wystraszyła, ale to efekt jej wcześniejszych meczów z Agnieszką. Wiedziała, że to będzie ciężki mecz, bo już dwa razy o mało z nią nie przegrała. Czuła ogromną presję, którą spotęgowała jeszcze ranga turnieju. Być może, gdyby to nie było w Melbourne, tylko na jakimś mniejszym turnieju, to Rosjanka grałaby lepiej.

Podziel się