Kamil Kosowski: Aż miło w tej kadrze trenować

Powołania do reprezentacji Leo Beenhakkera to największa sportowa korzyść, odkąd latem wróciłem do polskiej ligi - mówi Sport.pl i "Gazecie" skrzydłowy reprezentacji Polski.
Robert Błoński: W środę zagra pan po raz 50. w narodowym zespole.

Kamil Kosowski: Mam nadzieję. Ale jeszcze większą na to, że zagram dobrze. Po tym, co stało się w sobotę, mam jeden cel: dobrze zagrać z Serbami, potem kontynuować passę w Wiśle i w czerwcu pojechać z kadrą na Euro. Temu podporządkowuję wszystko.

Mecz z Serbami to początek selekcji na mistrzostwa Europy?

- Na to wygląda. Ale nie tylko mecze zdecydują o tym, kto pojedzie na Euro. Beenhakker ogląda każdego zawodnika również na treningach. Każdy daje z siebie wszystko, a że zjeżdżają się najlepsi polscy piłkarze, to aż miło trenować.

Leo Beenhakker wyznaje zasadę, że po każdym treningu "piłkarz musi być lepszy, by potem lepsza była drużyna".

- I dokładnie tak do tego podchodzimy. Na treningach Leo jest strasznie wymagający. Co chwilę przerywa ćwiczenie, tłumaczy, poprawia, przestawia, dyryguje. Wtedy ma na to czas, bo w trakcie meczu może już tylko robić drobne korekty w ustawieniu i podpowiadać. Na treningach wymaga od nas więcej.

Kończy się siódmy rok XXI wieku, a Polska po raz trzeci awansowała do wielkiej piłkarskiej imprezy. Co zrobić, żeby nie wracała już po trzech meczach?

- Przed mundialem w Niemczech też się zastanawialiśmy, co zrobić, żeby nie popełnić błędów z Korei. I co? Gorycz porażek i słaba gra były takie same. Dwa razy skończyło się to klapą, bo już same awanse uznano za sukces, a trenerów noszono na rękach. Widać więc, że najważniejszą rolę odegra selekcjoner i sztab szkoleniowy, który będzie wybierał i przygotowywał drużynę.

Jerzy Engel nie zabrał pana do Korei w ostatniej chwili, w Niemczech u Pawła Janasa grał pan kilkanaście minut, a do drużyny Beenhakkera został pan powołany w ostatnim momencie eliminacji, na październikowy mecz z Kazachstanem.

- Pod względem sportowym to największy pozytyw mojego powrotu do Polski. Kiedy latem wracałem do Krakowa z Chievo Werona, zażartowałem, że może z ligi polskiej będzie bliżej do kadry niż z włoskiej. Żart okazał się prawdą. Fajnie, że gram w Wiśle, bo także dzięki kolegom z klubu dostałem powołanie. Ktoś przecież moje podania wykorzystywał.

Mówi się też, że pan wydoroślał.

- W sierpniu skończyłem 30 lat, kiedyś musiałem spoważnieć. Nie wiem, czy to ostatni dzwonek, by zrobić oszałamiającą karierę, ale chcę awansować z Wisłą do Ligi Mistrzów, mam szansę jechać na Euro. Na furorę za granicą już się nie nastawiam, choć - kto wie?

Na pana pozycji jest największa konkurencja: Krzynówek, Smolarek, Błaszczykowski, Łobodziński. A w odwodzie są następni boczni pomocnicy: Jeleń, Zieńczuk czy Kiełbowicz.

- Tym większą mam satysfakcję - wszyscy skrzydłowi byli teraz zdrowi i trener mógł wybrać, kogo tylko zapragnął, a postawił na mnie. Wszedłem na boisko w dwóch meczach eliminacyjnych na jakieś 20 minut, w towarzyskim z Węgrami grałem od początku. Mam nadzieję, że trzeci pojedynek o punkty zacznę od pierwszej minuty.

Cieszył się pan z awansu?

- Tak, bo to historyczny sukces, ale nie ja go wywalczyłem. Liczę, że tak naprawdę będę się cieszył po Euro, na którym osiągniemy sukces, a ja w tym pomogę. Teraz gratulacje należą się innym.

Szczególnie Beenhakkerowi. Pana też urzekł holenderski trener?

- Autorytetem. Porównałbym go do trenera Kasperczaka. Respekt czuje się podobny. Nie musi robić niczego specjalnego, piłkarze bardzo go szanują i cenią. To pomaga, nie trzeba dodatkowej motywacji w meczach i przede wszystkim na treningach.

Z kim chciałby pan grać na Euro? Anglia, Portugalia, Hiszpania, Francja?

- Jest mi to kompletnie obojętne. I tak, aby cokolwiek zdziałać, będziemy musieli więcej meczów wygrać, niż przegrać. Nikogo się nie boję. Chłopaki też. I z takim nastawieniem drużyna pojedzie na turniej.