- Nosiłam się z tym zamiarem od dość dawna, ponieważ ze środowiska PiS też spotkało mnie parę rzeczy - powiedziała Pitera w
TVN24. Przytoczyła historię, która jej zdaniem miała charakter prowokacji wobec jej osoby. Opowiedziała, że wielokrotnie była pytana, dlaczego nie związała się z Prawem i Sprawiedliwością. Przyznała, że na to pytanie do tej poty odpowiadała, iż ma jednak bardziej liberalne niż socjalne poglądy.
Według niej tzw. układ warszawski w zemście za jej działalność stworzył aferę wokół jej
mieszkania. Pitera oddała wówczas sprawę do wyjaśnienia przed sądem cywilnym. Proces - jak twierdzi - wygrała w pierwszej instancji, po czym już za prezydentury Lecha Kaczyńskiego w Warszawie została złożona apelacja do sądu przez urząd miasta.
Telefon od "bardzo ważnej osoby z PiS" W kwietniu miała się zebrać Rada Warszawy, aby głosować absolutorium dla Lecha Kaczyńskiego. Wówczas dostała telefon od, jak podkreśliła Pitera, "bardzo ważnej osoby z PiS". Osoba ta miała powiedzieć, że jeżeli Pitera poprze absolutorium dla Kaczyńskiego, wówczas apelacja zostanie wycofana. Pitera pytana, o jaką osobę chodzi przyznała, że był to premier Jarosław Kaczyński. - Jarosław Kaczyński osobiście do mnie zadzwonił i powiedział, że jeśli poprę absolutorium zostanie wycofana apelacja - powiedziała. Zdaniem Pitery był to w kwietniu 2004 lub 2005. Pitera była wówczas radną Warszawy. Jarosław Kaczyński sprawował funkcję prezesa PiS. Głosu Pitery jako jedynego brakowało, aby absolutoruim przegłosować.
- Byłam wstrząśnięta, nie mogłam mówić. Poszłam w poniedziałek na posiedzenie Rady Miasta i okazało się, że wszyscy radni doskonale wiedzą, że został kupiony głos radnej Pitery. Ja wówczas zagłosowałam właśnie przeciw, chociaż miałam zamiar się wstrzymać - powiedziała Pitera. - To wówczas było tak bardzo ładnie powiedziane "Wiesz Julia, my nie wiedzieliśmy, że apelacja została złożona do sądu, my ją oczywiście wycofamy, ale musisz poprzeć absolutorium" - przytoczyła.
Pitera powiedziała, że od tej sprawy nie rozmawia z premierem Kaczyńskim. - Robienie takich rzeczy wobec osoby, która zna się tyle lat jest rzeczą niedopuszczalną - powiedziała. Przyznała, że jest gotowa w tej sprawie na proces w trybie wyborczym. Przekonywała, że na poparcie swojej wersji ma dwóch świadków.
Premier: Chciałem nakłonić Piterę do niepopierania centrolewicowej koalicji Premier odniósł się do dzisiejszych oskarżeń Julii Pitery. Posłanka PO twierdzi, że w zamian za poparcie absolutorium dla Lecha Kaczyńskiego, jego brat zaproponował jej wycofanie sprawy sądowej, którą toczyła z urzędem miasta. Jarosław Kaczyński potwierdził, że rozmawiał z Julią Piterą, ale nie wspomniał nic o propozycji, którą ujawniła. Premier podkreślił, że zna Julię Piterę od wielu lat, a rozmowa miała charakter prywatny. Jarosław Kaczyński twierdzi, że chciał nakłonić Piterę, by nie popierała tworzącej się wówczas centrolewicowej koalicji w Radzie Warszawy, "tej koalicji, która dziś rządzi w Warszawie i której rządy są jedną gigantyczną kompromitacją i to nie chodzi tylko o korki". - Nic więcej tam nie było - oświadczył pytany o zarzuty, iż szantażował Piterę.
Chodzi też o to - mówił premier - co "się wyprawia" w stołecznym ratuszu. - Ilu dyrektorów bez kwalifikacji jako p.o. jest w tej chwili na różnych stanowiskach, co się wyprawia w koalicji - nie takiej samej, ale zbliżonej, czyli z
PSL w samorządzie wojewódzkim, gdzie na 450 stanowisk kierowniczych podległych marszałkowi jest 1 bezpartyjny - mówił premier.- Tak to wygląda w wykonaniu tych, którzy w tej chwili mają podobno wspólnie rządzić Polską - dodał.
- Swoją starą koleżankę - kiedyś nie ukrywam lubianą - chciałem przekonać, żeby w tym kierunku nie szła. Ona przyjęła to chłodno i taki był przebieg tej rozmowy. Nic więcej tam nie było - oświadczył J. Kaczyński. Premier podkreślił, że zna Piterę od wielu lat, jeszcze z czasów młodości. Według niego, ludzie, którzy "znają się od młodości, mają prawo ze sobą rozmawiać w takich sprawach", tym bardziej, że - zaznaczył J. Kaczyński - Pitera była wówczas osobą spoza partii politycznej. - Mogła wejść w ten układ, w który weszła - z fatalnymi skutkami - mogła nie wejść. No, niestety weszła - tyle mogę powiedzieć. Ona się powinna tego wstydzić, ja nie mam żadnych powodów do wstydu - powiedział J. Kaczyński.