W czasie zderzenia samolotów grupy "Żelazny" sam szykowałem się do lotu - mówi portalowi "Gazeta.pl" Robert Kowalik, sześciokrotny mistrz polski w akrobatyce samolotowej. Dlatego nie widziałem samego zderzenia, usłyszałem tylko strzał.
Miałem już założony spadochron, wsiadałem do samolotu - opowiada Robert Kowalik. Wtedy usłyszałem strzał. To było zderzenie dwóch Zlinów.
Co mogło być przyczyną? Mógł to być błąd pilotów, któregoś z nich, znaleźli się za blisko siebie. Może któryś z nich był w słabszej dyspozycji psychicznej lub fizycznej. Mogła to być też przyczyna techniczna, ale raczej nie.
Trudno ocenić jak trudna była ta figura. To co mieli wykonać właściwie trudno sklasyfikować, jako konkretną figurę. Wychodzili z półpętli i mieli wyciągnąć do pionu...- mówi Kowalik.
Wypadki w lotnictwie się zdarzają. Gdybym miał po tym wypadku myśleć o rezygnacji z latania, to bym zrezygnował 18 lat temu - mówi Kowalik.
Oczywiście, że znałem obu pilotów. Lech Marchelewski miał ogromne doświadczenie. Piotr Banachowicz, nie wiem ile latał, ale był młodym obiecującym pilotem akrobatycznym.