Czołowy atakujący świata nie pojedzie na mistrzostwa Europy do Moskwy. Wciąż niewiadomo co jest przyczyną jego dolegliwości objawiającej się powracającymi skurczami mięśni. Miał pojechać na badania do kliniki w Barcelonie ale pozostał w kraju.
Fot. GRZEGORZ CELEJEWSKI / AG
Mariusz Wlazły w meczu z USA podczas ostatniego Memoriału H. Wagnera
Jarosław Bińczyk: Dlaczego nie pojechał pan na badania do Barcelony?
Mariusz Wlazły: Bo w klinice jest przerwa urlopowa. Badano mnie w Warszawie.
I co?
- Nic. Lekarze stwierdzili, że w mięśniach nic złego się nie dzieje, ale przyczyny skurczów nie znaleźli.
To kolejna podobna diagnoza, tak samo było w poprzednim sezonie. Skąd więc pana zdaniem biorą się skurcze?
- Chyba z przemęczenia. Po ME prawdopodobnie polecę do Barcelony, żeby tamtejsi specjaliści mnie zbadali.
A co będzie pan robił w najbliższym czasie?
- Teraz odpoczywam w domu i czekam na spotkanie z Danielem Castellanim, moim szkoleniowcem w Skrze Bełchatów. Wtedy poznam plan treningowy, jaki dla mnie przygotuje. Może najlepszym lekarstwem będzie odpoczynek.
Skoro lekarze stwierdzili, że jest pan zdrowy, to dlaczego nie jedzie pan do Moskwy?
- Nie jestem przygotowany. Nie po to rezygnowałem z występów w kadrze, żeby teraz, kiedy cały czas nie znam przyczyny moich kłopotów, wracać.
Żałuje pan...
- Pewnie. Tym bardziej że wcześniej chciałem poświęcić coś mniejszego dla większej imprezy (Wlazły chciał zrezygnować ze startu w Lidze Światowej by odpocząc i przygotować się na ME, trener Lozano powołał go jednak na LŚ - red.). Ale nie chcę już do tego wracać. Trudno, stało się... Żałuję, że nie pojadę do Moskwy, ale mam poważny powód. Chyba nikt już nie powie, że nie chcę grać w reprezentacji. Niestety, zdrowie nie pozwoliło.
Bez pana reprezentacja będzie słabsza?
- Nie wiem. Mam nadzieję, że koledzy wygrają w Rosji wszystko. Życzę im tego, ale z drugiej strony, jeśli tak się stanie, to jeszcze bardziej będzie mi żal, że nie mogłem w tym uczestniczyć. Bardzo chciałem udowodnić, że drugie miejsce w mistrzostwach świata w Japonii nie było przypadkowe.