Zdaniem eksperta z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych dr Andrzeja Szeptyckiego, frekwencja w pierwszej turze wyborów prezydenckich we Francji ma "wymiar historyczny".
"Gdyby potwierdziły się wstępne wyniki, że frekwencja rzeczywiście przekroczyła 87 proc., to znaczy, że była to najwyższa frekwencja w wyborach prezydenckich w V Republice" - powiedział w niedzielę Szeptycki.
Zdaniem Szeptyckiego, można wyróżnić dwa czynniki, które sprzyjały masowemu udziałowi w głosowaniu. Po pierwsze - jak zauważył -Francuzi nie chcieli powtórzyć scenariusza sprzed pięciu lat, kiedy to w kwietniu 2002 r. w wyniku rozproszenia głosów np. na skrajną lewicę i z powodu niskiej frekwencji do II tury wyborów wszedł kandydat skrajnej prawicy - Le Pen.
"Teraz, choć podobnie jak pięć lat temu, była piękna pogoda, a do tego trwają ferie szkolne, Francuzi masowo głosowali i unikali oddawania swych głosów np. na trockistów, bo uznali, że to nie ma sensu" - zauważył ekspert.
Jego zadaniem, drugim czynnikiem, który zachęcił francuskie społeczeństwo do udziału w głosowaniu była chęć na zmiany i oczekiwanie na coś nowego.
"Mieliśmy do czynienia z trójką nowych kandydatów, z których każdy usiłował się jako nowy człowiek" - powiedział.
Szeptycki zauważył, że wyniki nie sa zaskakujące, gdy patrzy się na przedwyborcze sondaże. "Kolejność miejsc dokładnie się potwierdziła, wyniki zaś potwierdzają się co do procenta czy dwóch i prawie idealnie mieszczą się w przedwyborczych widełkach" - dodał.