Sylwetka Lecha Grobelnego

W 1988 roku Grobelny założył firmę Dorchem - miała prowadzić sieć kantorów, ale Grobelny zdecydował się na stworzenie parabanku. Nazwał go Bezpieczną Kasą Oszczędności. BKO kusiła klientów bajecznymi jak na owe czasy (pamiętajmy o galopującej inflacji) odsetkami depozytów - po roku kasa miała wypłacać 120-180 proc. odsetek, a po dwóch latach nawet 300 proc. I dlatego w BKO błyskawicznie znalazło się ponad 32 mld starych złotych
Lech Grobelny stał się sławny i bogaty. Dorobił się willi, dwóch jachtów, rozwinął sieć laboratoriów fotograficznych AFP, kupił kilkanaście dostawczych mercedesów.

Lipcowy upadek

Krach przyszedł upalnego lipca 1990 roku. Niemcy właśnie zostali mistrzami świata w piłce nożnej. Rząd Tadeusza Mazowieckiego toczył spory z prezydentem Lechem Wałęsą, a gazety donosiły, że w Peweksach będzie można kupować za złotówki. Paczka marlboro kosztowała 17 tys. 280 zł.

Papierosy (może nie marlboro) nerwowo paliła przynajmniej połowa z ok. 10 tys. osób, które zaufały BKO. Grobelny bowiem nieoczekiwanie... zniknął. Ostatni raz zadzwonił 28 czerwca z Hamburga, obiecując, że wróci do 6 lipca. Nie wrócił. Jego pracownicy powiadomili prokuraturę, a ta kilka dni później wszczęła śledztwo.

W październiku 1990 r. rozesłano za Grobelnym listy gończe, a wierzyciele dopiero w lipcu 1991 r. dowiedzieli się, że szef kasy nie miał licencji Ministerstwa Finansów i Narodowego Banku Polskiego na prowadzenie prywatnego banku, dlatego umowy podpisane z BKO nie dawały klientom żadnych prawnych gwarancji wycofania pieniędzy.

Szef Dorchemu wpadł w ręce policji w Niemczech w kwietniu 1992 r. Jak policzono, Grobelny miał przywłaszczyć sobie z kasy BKO 11 mld 912 mln 570 tys. 336 zł. Na tej podstawie prokuratura sporządziła akt oskarżenia.

Porażka śledczych

Cztery lata później Grobelny skazany został na 12 lat więzienia. Sędzia Paweł Rysiński, uzasadniając wyrok, mówił: - Gdyby w innym systemie prawnym, w osobnych procesach, rozpoznać roszczenia blisko 7 tys. pokrzywdzonych i sąd wymierzyłby najniższą karę trzech miesięcy, oskarżony zostałby skazany łącznie na 1725 lat.

Grobelny przyjął wyrok spokojnie. - Mnie nikt nie złamie - powtarzał często swojej matce. Złożył apelację. Rok po pierwszym wyroku uśmiechnęło się do niego szczęście - sąd apelacyjny nakazał prokuraturze uzupełnić akta sprawy, znalazł bowiem mnóstwo błędów.

W czerwcu 1997 roku założyciel BKO wyszedł na wolność. Jeszcze przez prawie sześć lat prokuratura próbowała znaleźć przeciwko niemu dowody. Bez skutku.

W efekcie w sylwestrową noc 2002 roku Grobelny miał dwa powody do świętowania - nadejście nowego roku i całkowite oczyszczenie z zarzutów. Prokuratura uznała bowiem, że ma... za mało dowodów. Już wtedy "pierwszy aferzysta III RP" zapowiadał, że za takie opisywanie go będzie pozywał media do sądu. I państwo polskie także. Pierwszej obietnicy nie dotrzymał, drugiej - już tak.

16 mln odszkodowania

Wrócił w wielkim stylu pod koniec 2005 roku. Twierdząc, że został bezprawnie zamknięty w więzieniu, domagał się od skarbu państwa 16 mln zł - 14,93 mln zł odszkodowania i 1 mln zł zadośćuczynienia za niespełna 62 miesiące tymczasowego aresztu.

Sąd uznał, że jego wniosek nie ma podstaw, bo aresztowanie Grobelnego było uzasadnione: tym, że wyjechał za granicę, nie zostawiając żadnych pełnomocnictw do prowadzenia firmy; za granicą prosił o azyl, podawał się za kogoś innego przy zatrzymaniu (wydany został Polsce na mocy ekstradycji we wrześniu 1992 r.); areszt sądy przedłużały mu wielokrotnie, uznając, że istnieje duże prawdopodobieństwo, że przywłaszczył pieniądze spółki.

Roszczenia się przedawniły

Wierzyciele BKO stracili już nadzieję, że kiedykolwiek odzyskają pieniądze. Ich roszczenia przedawniły się po dziesięciu latach. Syndyk masy upadłościowej Dorchemu zdołał wypłacić klientom Bezpiecznej Kasy ok. 15 proc. wkładów. Mec. Henryk Dzido, który zarządzał Dorchemem jako syndyk, pod koniec 2005 roku mówił: - Od dłuższego czasu nikt już do mnie się nie zgłasza. Telefon w sprawie Grobelnego dzwoni raz na kwartał. Ludzie już sobie darowali, wiedzą, że nie mają szans czegokolwiek odzyskać. Są wymęczeni i chcą zapomnieć. A Grobelny? On pieniędzy nie ma. Spotkałem go ostatnio na ulicy, był zaniedbany, brudny, nieuczesany. Żal było patrzeć - twierdził mec. Dzido.

Jeden z najbardziej znanych komorników na warszawskiej Pradze (prosił, aby nie ujawniać nazwiska) tłumaczył: - Roszczenie wobec dłużnika przedawnia się, jeśli wierzyciel nie podjął żadnych kroków prawnych, aby swoje należności odzyskać.

Jednak prawie 7 tys. osób z BKO poszło wtedy do komornika. - Ale gdy firma została postawiona w stan upadłości, komornicy musieli swoje postępowania zawiesić. Potem ogłoszono upadłość Dorchemu, zrobiono listę wierzycieli i syndyk podzielił między nich to, co zostało. Postępowanie upadłościowe zostało zamknięte, a tym samym komornicy swoje postępowania także musieli umorzyć - mówił komornik.

Skomentuj:
Sylwetka Lecha Grobelnego
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX