Jarosław Kaczyński też odwołał się od zwolnienia z pracy

Rozmowa z Teresą Romer, sędzią Izby Pracy Sądu Najwyższego w stanie spoczynku


Polskie Radio przeprowadza zwolnienia grupowe. Wśród zwalnianych sporą grupę stanowią m.in. pracownicy zatrudnieni przed 1989 r., ci, którzy nie dostarczyli zaświadczeń z IPN, oraz ci, którzy podpisali list przeciwko powierzeniu Tomaszowi Sakiewiczowi z "Gazety Polskiej" prowadzenia "Sygnałów dnia". Dostali pisma z propozycją: albo sami się zwolnią za godziwą odprawą, albo odejdą w ramach zwolnień grupowych



Ewa Siedlecka: Jeśli kluczem do zwolnień w Polskim Radiu jest "pochodzenie" i przekonania pracowników, a nie np. kompetencje, to czy można mówić o zakazanej przez prawo pracy dyskryminacji?

Teresa Romer: Sądzę, że tak. Kodeks pracy wymienia kilka przyczyn, z powodu których nie wolno dyskryminować pracownika - m.in. wiek, płeć czy orientację seksualną. Ale to katalog otwarty. Zakazana jest wszelka dyskryminacja, a więc także z przyczyn - jak można sądzić w tym przypadku - ideologicznych.

Czy ludzie wyrzucani pod pretekstem zwolnień grupowych mają szansę wygrać w sądzie pracy?

- Pracownik może odwołać się do sądu od każdego wypowiedzenia, także w ramach zwolnień grupowych. Pismo do pracowników, że mogą się zwolnić sami z pracy, nie ma znaczenia prawnego. Wygląda na to, że pracodawca pragnie się ich pozbyć, unikając groźby pozwów do sądu pracy. Ale nawet jeżeli pracownik nieświadom swoich praw ulegnie takiej presji, to i tak może się odwołać do sądu pracy. I powołać na to, że działał pod wpływem błędu czy groźby.

Orzekała Pani w sądzie pracy w stanie wojennym. Wtedy też z radia i telewizji zwalniano ludzi "niepewnych".

- Pamiętam dziennikarskie sprawy w stanie wojennym, gdzie mimo wysiłków pracodawcy udawało się nam czasem przywracać tych ludzi do pracy właśnie dlatego, że sąd nie mógł się dopatrzyć istnienia merytorycznej przyczyny uzasadniającej wypowiedzenie. Oczywiście najtrudniejsze były przypadki, w których aby pozbyć się określonych ludzi, po prostu likwidowano redakcję.

Tu też tak się stało. Zlikwidowano np. redakcję "Radia kierowców", której pracownicy zatrudnieni byli jeszcze za PRL.

- Wtedy sytuacja z punktu widzenia pracownika jest najtrudniejsza. Skoro likwiduje się zakład pracy, to przywrócenie do pracy nie w chodzi w grę.

Pamiętam sprawę Jarosława Kaczyńskiego, za którą dostałam zresztą w stanie wojennym "wytyk" od Sądu Najwyższego. Pan Kaczyński pracował w Regionie Mazowsze NSZZ "Solidarność". Stracił pracę, gdy dekretem o stanie wojennym związek i jego instytucje zawieszono, a więc pracodawca przestał istnieć. Odwołał się do sądu pracy. Sprawa trafiła do mnie. Przywrócenie do pracy nie wchodziło w grę, bo nie było zakładu pracy. Sąd, któremu przewodniczyłam, zasądził na jego rzecz od państwa najwyższe wówczas możliwe odszkodowanie - za sześć tygodni utraty zarobków. Sąd Najwyższy wyrok ten zmienił i jeszcze mnie się "oberwało".