Może dostać 5 zł za nogę złamaną 17 lat temu

Michał Jagiełło
2007-03-02 , aktualizacja: 05.03.2007 00:00
A A A Drukuj
Łódzki sąd rozpatrzy sprawę o odszkodowanie za wypadek z 1990 r. Poszkodowany może dostać aż pięć złotych.
Z takimi sprawami czytelnicy dzwonią do "Gazety", żeby zapytać, czy to w ogóle możliwe. Nawet nie chcą pomocy. Po prostu dzielą się swoim zdumieniem. Pani Elwira Ostrowska opisała historię swojego męża. W 1990 r. pośliznął się on na oblodzonym chodniku i złamał nogę. Wystąpił do sądu o odszkodowanie. Swój uszczerbek na zdrowiu wycenił na 500 tys. złotych. Było to jeszcze przed denominacją. W przeliczeniu na dzisiejsze pieniądze domagał się 50 zł. Przez 17 lat nic się nie działo. Teraz jednak sąd postanowił rozpatrzyć skargę. Sprawa stanie na wokandzie. Przeliczono nawet żądaną kwotę. Jest szansa, że mąż pani Elwiry dostanie aż pięć złotych. - Nawet nie wiem, co powiedzieć - czytelniczka jest zdziwiona.

My nie. Jeśli żądanie zostało zgłoszone, sąd musi je rozstrzygnąć. Nawet po latach. Prawu i sprawiedliwości musi stać się zadość. A że w międzyczasie wymieniono w Polsce pieniądze, to przecież nie wina sądów. Poza tym pięć złotych piechotą nie chodzi. Po wygraniu odszkodowania można wystąpić o odsetki od niego. Wtedy kwota urośnie być może do np. 10 złotych.

Nieco inne zaskoczenie przeżył Krzysztof Spychalski. Zepsuł mu się telewizor. W ogłoszeniu firmy Vitronic wyczytał, że nie tylko naprawi ona odbiornik, ale też zabierze go i odwiezie z powrotem za darmo. Telewizor został naprawiony, ale do właściciela jeszcze nie wrócił. Pracownicy firmy poinformowali, że oczywiście i rzeczywiście przywiozą sprzęt gratis, ale wtedy, kiedy dostaną jakieś zlecenie z osiedla, na którym mieszka klient. - A jeśli w ogóle nie dostaną??? - rozpacza czytelnik, odcięty od interesujących programów telewizyjnych.

I w tym przypadku dodajemy otuchy. Przecież chyba pan Krzysztof nie chciałby, żeby jego telewizor wożono po obcych i nieznanych osiedlach. Poza tym sprawdziliśmy, że w najbliższym tygodniu nic ciekawego w telewizji i tak nie ma, więc nie ma się do czego spieszyć.

A tak serio, prosimy firmę o dotrzymanie zobowiązania z reklamy. Miejski rzecznik konsumentów egzekwuje takowe nieubłaganie. Co więcej, nie czeka, aż uzbiera mu się kilka skarg z tego samego osiedla czy branży.

Podziel się