Szef szpitala: Mirosław G. miał "syndrom Boga"

Doktor Mirosław G. jest wychowankiem tzw. krakowskiej szkoły kardiochirurgicznej (konkurencyjnej do tzw. szkoły zabrzańskiej stworzonej przez prof. Zbigniewa Religę). W 2002 r. przyjął ofertę szpitala przy ul. Wołoskiej i przeniósł się z Krakowa do Warszawy, by pokierować pracą tutejszej kliniki kardiochirurgii. Jego przyjazd zapowiadano jako medyczny transfer. Szpital przy Wołoskiej ściągnął sławę z Krakowa, żeby podnieść poziom i prestiż.
W ubiegłym roku G. w szpitalu przy ul. Wołoskiej przeszczepił 35 serc, najwięcej w Polsce. Szef CBA Mariusz Kamiński na konferencji podał, że 30 procent z nich zakończyło się śmiercią. W środowisku Mirosław G. ma dobrą opinię jako wybitny transplantolog, gorszą jako człowiek. - Miał syndrom Boga - mówi o nim Marek Durlik, szef szpitala, w którym pracował lekarz. - Chciał być najlepszy. Miał cechy przywódcze. Nie znosił sprzeciwu.

Miał być następcą prof. Dziatkowiaka

Zawsze był świetnym operatorem. Pupilkiem i wychowankiem najbardziej znanego krakowskiego profesora kardiochirurgii - Antoniego Dziatkowiaka. Jest przedstawicielem tzw. krakowskiej szkoły kardiochirurgicznej. - Tak nazywamy wszystkich lekarzy, których uczył i wychował Dziatkowiak - wyjaśnia jeden ze znanych krakowskich kardiochirurgów.

Jeszcze gdy pracował w krakowskim szpitalu im. Jana Pawła II mówiło się, że będzie następcą Dziatkowiaka na stanowisku szefa kardiochirurgii. Jednak nie został. Dlatego w 2002 r. przyjął ofertę szpitala przy ul. Wołoskiej i przeniósł się z Krakowa do Warszawy, by pokierować pracą kliniki kardiochirurgii szpitala MSWiA.

Profesor nie komentuje

Tuż po zatrzymaniu Mirosława G., a jeszcze przed postawieniem zarzutu zabójstwa, prosiliśmy profesora Dziatkowiaka o komentarz do zaistniałej sytuacji. Profesor odmówił.

Faktem jest jednak, że przez ostatnich kilkanaście lat w artykułach poświęconych sukcesom krakowskiej kardiochirurgii obydwa te nazwiska: Dziatkowiak i G. często się pojawiały.

''Oni nas urodzili''

W 1994 roku klinika kardiochirurgii Collegium Medicum UJ święciła setny, udany przeszczep serca. To Mirosław G. leciał do Poznania po serce dla pacjenta, który wcześniej przeszedł kilka zawałów. Operował zaś profesor Dziatkowiak.

W 1998 roku ten sam zespół przeszczepiał serce 18-letniej Ewelinie. - Ktoś musi zadecydować, który z pacjentów czekających na przeszczep dostanie serce w pierwszej kolejności - mówił w tamtym czasie "Gazecie" profesor Antoni Dziatkowiak. - To okrutne, ale tak trzeba, i robię to ja. Tylko ja mogę patrzeć obiektywnie. Nie interesuje mnie, że za kimś stoi jakaś wpływowa osoba. Serce dostaje zawsze ten najciężej chory.

W tym samym roku, w dziesiątą rocznicę pierwszego przeszczepu w krakowskiej klinice byli pacjenci o profesorze Dziatkowiaku i doktorze G. mówili: "Oni nas urodzili".

I jeszcze jedna wspólna akcja. Jest rok 2000. Pani Lucyna jest drugą w Polsce kobietą, która urodziła dziecko po przeszczepie serca. Wykonał go doktor Mirosław G.

Koledzy nic nie mówią

Wczoraj do żadnego z dawnych kolegów Mirosława G. dziś pracujących w szpitalu im. Jana Pawła II w Krakowie nie można się było dodzwonić. A jedyny, który odebrał telefon nie chciał się w sprawie wypowiadać.

Osoby po transplantacji nie chcą się pod nazwiskiem wypowiadać o doktorze G. Dowiedzieliśmy się jednak, że część z nich przeniosła się z kliniki MSWiA do kliniki w Aninie (doktora Religi), właśnie ze względu na złą opinię o doktorze G. - Nie chcieli mieć z nim nic wspólnego - mówi osoba mająca dobre kontakty w środowisku osób po transplantacji.

Skomentuj:
Szef szpitala: Mirosław G. miał "syndrom Boga"
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX