Klaxons - literacki hałas

Debiutancki album londyńskiej grupy Klaxons - w kilku fragmentach porywająca, przez większą część drażniąca, ale przede wszystkim bardzo inteligentna i wciągająca płyta
Klaxons odpowiedzialni są za najnowszą histerię, jaka opanowała brytyjskie media - new rave. I już za to należy im się punkt. Pomysł jest przedni - w Stanach Zjednoczonych wraz z modą na nowe rockowe granie pojawiła się dancepunkowa hybryda nowofalowej muzyki gitarowej z disco. A przecież Brytyjczycy nie gorsi, ba, mają w łączenia rocka i tanecznych rytmów zasługi o wiele większe niż Amerykanie. Kilkanaście lat temu na Wyspach szalał acid house i rodziły się zręby współczesnej kultury klubowej. Jednocześnie po paru latach stagnacji budziła się niezależna muzyka gitarowa. A że zarówno fani, jak i twórcy reprezentujący oba światy chodzili na te same imprezy - wielkie taneczne spędy zwane rave'ami - na efekty nie trzeba było czekać. Granica między tym, co taneczne a tym, co rockowe w końcu upadała, czego najlepszym dowodem ówczesne poczynania Stone Roses czy Happy Mondays z jednej, a Prodigy z drugiej strony.

Klaxon wzięli więc stary dobry rave (wraz z jego atrybutami w postaci stroboskopów i jaskrawych fluorescencyjnych gadżetów), dodali do tego współczesną muzykę gitarową i nowo-stary trend gotowy. A zawsze spragniona tego typu objawień brytyjska prasa muzyczna rzuciła się na new rave bardziej niż ochoczo. Klaxons wywinęli jednak wszystkim numer. Nowa moda nie zdążyła się jeszcze na dobre rozbujać (wyspiarskie media do życia powołały już cała scenę, na której umieściły takie formacje jak The Twang czy New Young Pony Club), a jej twórcy już postanowili ją zarżnąć. Zrobili to za jednym zamachem - wydając "Myths Of The Near Future".

Muzyka taneczna? Owszem, kilka utworów z debiutu Klaxons się do niej odwołuje. Posłuchajmy "Atlantis To Interzone" czy "Magic". Te piosenki można uznać zapewne za definicję new rave. Tyle że Klaxons zaraz się na tę definicję wypinają. Nagrali własną wersję klasycznego utworu tanecznego z połowy lat 90. "Not Over Yet" formacji Grace. Tyle że odarli go z tanecznych elementów, pokazując jednocześnie jego uniwersalny, jak najbardziej popowy wymiar. W kolejnych utworach z rozkoszą grzebią w muzycznej przeszłości i teraźniejszości - potrafią zabrzmieć jak krewniacy Bloc Party czy Franza Ferdinanda, aby za chwilę skręcić w kierunku Gorillaz, bezczelnie podkraść coś zarówno od Joy Division, jak i... Thompson Twins, zajazgotać gitarami jak Gang Of Four, ale i przywołać ducha samego Bowiego z okolic "Ashes To Ashes".

Chwilami daje to świetne efekty - takie "Golden Skans" czy "Gravitys Rainbow" to kapitalny materiał na przeboje współczesnej muzyki rockowej. Ale zaraz obok Klaxons potrafią zabrzmieć jak irytująca, gorsza wersja Kaiser Chiefs. Widać taka stylistyczna ekwilibrystyka nie zawsze popłaca. Mimo to "Myths Of The Near Future" się broni. Klaxons nie tylko bawią się muzycznymi stylami czy gatunkami. Równie efektownie w tekstach przywołują nawiązania kulturowe. Śpiewają o Atlantydzie, cyklopach, podróżach w czasie. Ich piosenka "Gravity's Rainbow" zawdzięcza swój tytuł książce Thomasa Pynchona "Tęczy grawitacji", "Atlantis To Interzone" - opowiadaniu Williama S. Burroughsa "Interzone", cała płyta - zbiorowi opowiadań Jamesa Ballarda.

Klaxons z jednej strony zdają sobie sprawę, że popkultura doszła do ściany i jej twórcom pozostaje jedynie mniej lub bardziej efektowna żonglerka dobrze znanymi elementami. Z drugiej - próbują tą ścianę rozwalić. Nawet jeśli miałoby się okazać, że za nią nie ma już nic.

Klaxons, "Myths Of The Near Future", Polydor