Rząd w czworakach

Felieton Ewy Milewicz
Wygląda na to, że ministrowie Ludwik Dorn i Radosław Sikorski to pierwsi ministrowie, którzy sami odeszli z powodów merytorycznych. Bo nie zgadzali się z jakimiś konkretnymi decyzjami (Dorn) albo z polityką, która na ich resort wpływała (Sikorski). Zrezygnowali, zachowując się lojalnie wobec premiera. To plus dla nich.

Większość dotychczasowych zmian w rządach PiS premierów Marcinkiewicza i Kaczyńskiego była przecież pozamerytoryczna. A to zawiązywała się lub umacniała koalicja PiS-Samoobrona-LPR, a to lustracja wymieniała ministra (Gilowska), a to rząd odzyskiwał MSZ. W rytm tego typu wydarzeń dodawano foteli wicepremierów do gabinetów rządowych, dzielono ministerstwo (Transportu i Budownictwa), tworzono nowe (Gospodarki Morskiej).

Cóż, każda koalicja wymaga od premiera, po pierwsze - dostawiania foteli, po drugie - niewnikania, kto w nich zasiada. W ten sposób fotel ministra pracy - wydawałoby się, istotny dla PiS - zajęła Anna Kalata z Samoobrony. I zajęła się swoim wizerunkiem.

Na fotelu ministra edukacji utrzymuje się minister Roman Giertych z LPR, choć jego sztandarowy pomysł, który można streścić tak: "zdałeś maturę, choć nie zdałeś", schlastał Trybunał Konstytucyjny. Jakoś premier nie alarmował wtedy, że prawa należy przestrzegać, że nie można zmieniać go pod grupę maturzystów. Zaczął to mówić dopiero po casusie Hanny Gronkiewicz-Waltz.

Jak już ministrem ktoś został, to niewiele go mogło z fotela usunąć. W każdym razie tym powodem nie był brak kompetencji. Minister Antoni Macierewicz wystartował, nazywając większość z ośmiu ministrów spraw zagranicznych agentami sowieckimi. I nic. A premier, tak drażliwy na punkcie własnej godności, nie zatelefonował do byłych ministrów III RP z przeprosinami.

Ministrowie mu wcześniej zaleźli za skórę. No to mogą być nazwani agentami.

Macierewicz przeżył, bo jest nie do zastąpienia, tzn. - na razie. Ale ten, kto obserwuje karierę polityczną ministra Macierewicza w III RP, może domniemywać, że szybko ministra trzeba będzie zastąpić. Coś się wkrótce okaże.

Nie do usunięcia jest też minister spraw zagranicznych Anna Fotyga. Jej jedyną zaletą rzucającą się w oczy jest lojalność typu "echo". Mogłaby sobie napisać na wizytówce: "Jestem echem prezydenta i premiera i dlatego jestem ministrem".

Choć echo zawsze szkodzi temu, kogo naśladuje, premier jej broni dość obrazowo. Powiada, że zarzuty wobec minister to "wielkie ssanie z palca". I że minister Fotyga nie prowadzi polityki zagranicznej "na czworakach".

Jak minister mogłaby prowadzić politykę zagraniczną na czworakach? Tego chyba nie przewiduje protokół dyplomatyczny?

Trochę to przekracza wyobraźnię odbiorcy słów pana premiera. I wywołuje pytania: a kto w Polsce pełzał na czworakach po salonach światowych? Czy dzięki biegającym w tej dziwnej pozycji polskim politykom przyjęli Polskę do NATO? Do UE? Czy zrobili to z litości dla pościeranych kolan?

I czy takie mówienie o czworakach nie szkodzi Polsce? Nie zamyka jej w czworakach, gdzieś na peryferiach UE?