Rekordowy rok kin

Ubiegły rok był znakomity dla branży filmowej, zwłaszcza dla multipleksów, które zanotowały rekordowe wpływy z biletów, przekąsek i reklam.
Multipleksy (kina wielosalowe), na które przypada blisko trzy czwarte całego rynku, odwiedziło w ubiegłym roku 23,8 mln osób, zostawiając w kasach 360 mln zł tylko za bilety. To więcej niż w rekordowym 2004 roku (22 mln widzów i 325 mln zł przychodów), kiedy na wielkim ekranie królowała "Pasja" Mela Gibsona.

To właśnie takie hity decydują o powodzeniu branży kinowej. Jeśli ich zabraknie, jest krucho, tak jak w 2005 roku. Ale w ubiegłym roku producenci filmów nie zawiedli. Przebojem była druga część "Epoki lodowcowej" - 1,95 mln widzów i 24,7 mln zł wpływów. Dużym powodzeniem cieszyły się też dwa filmy o papieżu oraz "Opowieści z Narni". Zawiódł "Kod da Vinci" i "Piraci z Karaibów 2", największy ubiegłoroczny hit na świecie.

Oprócz I kwartału (ponad jedna trzecia całorocznych wpływów) znakomita okazała się końcówka roku. W ostatnim tygodniu grudnia multipleksy miały ponad 400 tys. widzów, w poprzednich latach ledwie dobijały do 100 tys. To efekt wprowadzenia na ekrany obrazu fantasy "Eragon" i filmu Mela Gibsona "Apocalypto". Właściciele kin zarabiali też na organizowaniu filmowych imprez sylwestrowych.

- Dobra koniunktura cieszy tym bardziej, że przybywa konkurencyjnych dla kina form rozrywki, jak np. telewizyjne kanały tematyczne czy coraz lepsze gry komputerowe - mówi Roman Jarosz, dyrektor marketingu sieci multipleksów Silver Screen.

Zwraca uwagę, że poza familijnymi filmami animowanymi, które cieszą się powodzeniem na całym świecie, wzrasta znaczenie produkcji rodzimych. Ich udział w przychodach z biletów obecnie nie przekracza 20 proc. Jego zdaniem za trzy lata może to już być 30-40 proc., czyli blisko udziału rodzimej produkcji we Francji.

- Polacy robią coraz lepsze kino komercyjne. Jest też coraz więcej pieniędzy z Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej - mówi Jarosz i wskazuje na ubiegłoroczne hity - komedie romantyczne "Tylko mnie kochaj" i "Ja wam pokażę", obie w reżyserii Ryszarda Zatorskiego, które miały po ponad milion widzów. Niedługo na ekrany trafi kolejny film tego reżysera "Dlaczego nie" oraz "Ryś" ze Stanisławem Tymem, następca legendarnego "Misia" z lat 70.

Nie tylko takie filmy napędzają koniunkturę. Od lat 90. liczba sprzedanych biletów szybko się zwiększa, głównie za sprawą budowanych w dużych miastach multipleksów, których liczba wzrosła w ciągu dwóch lat z 37 do blisko 50. Tymczasem małe kina szybko tracą na znaczeniu - na początku lat 90. było ich ponad 2 tys., teraz ledwie około 600.

Zdaniem Romana Jarosza podobnie jak w innych krajach powstała moda na spędzanie czasu w centrach handlowych z multipleksami, gdzie przy okazji zakupów można pójść na film.

W Polsce działa siedem firm prowadzących multipleksy, z których zdecydowanie największa to Cinema City (ponad 40 proc. rynku). Jego głównym rywalem jest Multikino (należące do ITI, właściciela telewizji TVN) oraz Silver Screen.

Przedstawiciele branży uważają, że najlepsze lata dopiero nadchodzą. Dlaczego? Zamożność społeczeństwa rośnie, a Polacy wciąż chodzą do kina trzy razy rzadziej niż mieszkańcy Europy Zachodniej. Ponad 40 proc. Polaków mieszka w miejscowościach, w których kina nie ma. Jest więc wielki rynek do zagospodarowania, który wzięły już sobie na cel multipleksy.

- Ciesząc się z rosnącej frekwencji, nie należy zapominać, że kina ze "świątyń filmu" stały się tylko częścią nowego handlowego stylu życia i weekendowej rozrywki, jedną z atrakcji obok lodziarni, kręgielni, restauracji i sklepów. Stąd popularność kina familijnego, na które może pójść cała rodzina - dodaje medioznawca Mateusz Halawa ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie.

Potwierdzają to właściciele kin. Bary z przekąskami i reklamy wyświetlane przed seansami zapewniają im średnio 30-40 proc. przychodów. Szczególnie dobrze na polu reklamy radzi sobie Cinema City, które znalazło nawet sponsorów na poszczególne sale w swym obiekcie w warszawskim centrum handlowym Arkadia.

Z kolei MaxFilm (operator sieci Nowe Kino) korzysta z koniunktury w nieruchomościach, a ma znakomite lokalizacje swych obiektów w centrach miast. Niektóre sprzedaje, co spotkało się już z krytyką polskich filmowców. Przykładem jest warszawskie kino Relax sprzedane Alma Marketowi za astronomiczną kwotę 18,1 mln zł. To więcej niż firma rocznie zarabia na biletach.

Na koniunkturze kinowej korzystają także firmy zajmujące się wypożyczaniem i sprzedażą filmów. Filmy trafiają na DVD po średnio pół roku od premiery kinowej.

Rewelacyjny pierwszy kwartał w kinach przełożył się na jesienne żniwa w sklepach i wypożyczalniach DVD. Krzysztof Wiśniewski, prezes Beverly Hills Video (największa sieć w Polsce obok Video World), zanotował aż 87-proc. wzrost przychodów ze sprzedaży filmów, na co wpłynęło poszerzenie oferty i spadek cen. Jeszcze w 2002 roku premierowa płyta kosztowała 100 zł, teraz zwykle 49 zł. Jego firma zwiększyła ubiegłoroczne łączne przychody o 1,5 mln zł, do ponad 38 mln zł.

- Najpierw ludzie zbierali płyty z gazetowych insertów. Potem dochodzili do wniosku, że warto mieć odtwarzacz. Na końcu uznawali, że trzeba dokupić filmy takie, jakie się chce. To zwiększyło zapotrzebowanie na nowe płyty - mówi Wiśniewski.

Wśród wypożyczanych filmów w ubiegłym roku królował "Plan doskonały" i kinowa porażka "Kod da Vinci", zaś w sprzedaży - Quentin Tarantino z "Pulp Fiction" i specjalną kolekcją swych filmów. Sukcesu kinowego nie powtórzyły filmy o papieżu. - Na seanse szły całe wycieczki parafialne. Tego nie dało się powtórzyć w wypożyczalniach - dodaje Wiśniewski.