Kultura 2007

W Polsce rozkwitnie literatura popularna wysokich lotów, powstanie kulturatworzona przez nową polską emigrację, teatr odejdzie od politycznego reportażu, w telewizji będziemy oglądać kanały tematyczne,w filharmoniach słuchać Szymanowskiego i może nawet doczekamy się pierwszej polskiej gwiazdy wypromowanej przez internet - nasi dziennikarze prorokują, co stanie się w kulturze w nadchodzącym 2007 roku
Nobilitacja popliteratury

To będzie rok polskiej literatury popularnej. Nie ambitnie opasłej powieści o stanie ducha narodu oczekiwałbym w najbliższej przyszłości, ale raczej zwartych, bawiących się gatunkowymi konwencjami książek z teoretycznie niższej półki.

Paradoksalnie to właśnie ta kategoria literatury decyduje zwykle o jakości pisarstwa narodowego, bo skoro poziom lekceważonej literatury klasy B jest wysoki, autorom celującym w nieśmiertelność nie wypada popełniać rzeczy miałkich i językowo gorszych.

Napisanie naprawdę markowego kryminału to sztuka nie lada, prawdziwy chrzest bojowy - stworzyć pełnokrwistego bohatera, otoczyć go frapującym światem, nie znudzić i nie przeszarżować. Nic dziwnego, że powstaje ich tak niewiele, a propozycji o randze Hammetta i Chandlera także poza Polską ze świecą szukać.

W ostatnich latach grunt został u nas przygotowany, nie trzeba już sygnować pseudonimem pisanych dla pieniędzy błahostek, jak robił to np. Maciej Słomczyński vel Joe Alex. Jak przełamywać szkodliwe stereotypy, pokazał Marek Krajewski swoim cyklem o pachnącym zbrodnią Breslau, w którym ponad intrygę - pal sześć, że czasem wątłą - przedłożona jest dbałość o stylowe detale, niejednoznaczne postaci, tło obyczajowe, sążnisty opis i zajmujący dialog. Popularność jego tetralogii zrobiła tak dobrą reklamę miastu Wrocław, że rajcy winni w rewanżu wystawić mu pomnik. Metropolii, których zaułki i historia mogłyby posłużyć za równie inspirujące tło, mamy więcej, na pierwszy ogień doradzałbym Trójmiasto.

Świetnie byłoby podążyć śladami Hiszpanów, którzy być może przez dawną tradycję opowieści łotrzykowskiej i Cervantesowskiej gawędy dziś cieszą się obfitością dobrej popliteratury, więcej - nie mają w tym sobie równych. Marzy mi się polski Perez-Reverte, który bezczelnie przypisałby sobie nowy renesans powieści przygodowej (tak jak on uczynił swoim "Klubem Dumas") albo zajął się naszym Złotym Wiekiem równie nonszalancko i ryzykownie jak w archaizującym cyklu o fechtmistrzu Alatriste.

Tymczasem będziemy gonić świat w innych rzeczach, też ciekawych, ale nie do końca związanych z jakością literatury. Jeśli choć odrobina prawdy tkwi w podejrzeniu, że Guenter Grass ujawnił swoją służbę w Waffen SS, by podnieść nakład nowej powieści, to równie uzasadnione jest podejrzenie, że Manuela Gretkowska zakłada partię polityczną, by pomóc swojej zapowiadanej na początek roku książce. Nie ma prasowego tytułu, w którym już by o tym obszernie nie wspomniano. Takiej medialnej ekspansji pisarzy należy się spodziewać coraz częściej.



Kino polskie: temat historyczny

To będzie rok pierwszych polskich filmów wyprodukowanych za godziwe pieniądze. W dobrze funkcjonującej europejskiej kinematografii chodzi o ryzyko i niespodziankę, o możliwość realizowania projektów najśmielszych.

Na razie wiem, czego nie chcę - smętnych filmów markujących "problem społeczny", w których bezrobotny siedzi przy stole i pije herbatę. Wiem, na co czekam jako kinoman - na filmy autorskie: "Las" Piotra Dumały, "Sztuczki" Andrzeja Jakimowskiego, "Braciszka" Andrzeja Barańskiego, "Wenecję" Jana Jakuba Kolskiego.

Nowością będzie fala historyczna - pierwsze na taką skalę w wolnej Polsce zmierzenie się kina z historią najnowszą. Niemcy już to zrobili: "Stalingrad", "Upadek", "Sophie Scholl", "Życie na podsłuchu". O czym Polacy sobie opowiedzą? Obawiam się kina, które będzie programowo realizować patriotyczny program, zamiast otwierać okna. Wolę myśleć jak najostrożniej o "Post mortem. Opowieści katyńskiej" Andrzeja Wajdy po to, żeby przeżyć pozytywne zaskoczenie. Chciałbym, żeby Jan Nowak-Jeziorański, "Kurier z Warszawy", w filmie Juliusza Machulskiego powiedział nam z ekranu coś prowokującego. I żeby jak najszybciej udało się zebrać pieniądze na realizację scenariusza o Powstaniu Warszawskim, który ex aequo wygrał konkurs PISF i Muzeum Powstania - tekst ironiczny, współczesny, nienaznaczony polskim kompleksem "chwalenia się klęską": "Ostatnia niedziela" Dariusza Gajewskiego ("Warszawa") i Przemysława Nowakowskiego ("Egoiści"). Ciekawią mnie też losy scenariusza Władysława Pasikowskiego o Jedwabnem. Czy trzeba wielkiej odwagi, żeby ten temat podjąć? Przecież nigdy nie będzie na niego odpowiedniego czasu. Odwagi wymaga też film Rafała Wieczyńskiego o ks. Jerzym Popiełuszce. Czekam na niego, tylko czy uda się zrobić w Polsce film religijny bez kiczu?

Klimat dla takich filmów wydaje się dziś w Polsce trudniejszy niż wtedy, gdy powstawały "Popioły" Wajdy, "Śmierć prezydenta" Kawalerowicza, "Gdziekolwiek jesteś, panie prezydencie..." Trzosa-Rastawieckiego. Kino historyczne zawsze odpowiada na jakąś współczesną potrzebę. Ta potrzeba jest dziś nierozpoznana, stłumiona. Widownia - rozproszona. Autorytety - podważone. Społeczeństwo podzielone albo zobojętniałe. Czy filmy, które zobaczymy w 2007 roku, rozgrzeją nam głowy, czy staną się konserwatywną lekturą obowiązkową?

Hollywood, czyli powtórka z rozrywki

To będzie rok powtórek i cyfrowych megaprodukcji. W światowym kinie obowiązujące trendy wciąż narzucają producenci hollywoodzcy. A ci mają dwa priorytety: po pierwsze, pociągnąć to, co już odniosło sukces, po drugie, opierać się na efektach komputerowych pozwalających wyczarować na ekranie co tylko dusza zapragnie.

Co w roku 2007 podpadnie pod priorytet pierwszy? Wyliczmy: piąty "Harry Potter", ze zdjęciami Sławomira Idziaka, "Spider-Man 3", "Piraci z Karaibów 3", "Bourne 3", "Fantastyczna czwórka 2", "Rush Hour 3", i to z Romanem Polańskim, który mógł zagrać z Chanem i Tuckerem, bo film jest kręcony w Paryżu (to zresztą znak czasu, że reżyser tej klasy sam nic nie kręci, tylko udziela się w przeciętnym kinie komercyjnym), "Shrek 3", w którym umiera ojciec Fiony, ale zielony bohater nie chce przejąć po nim władzy, "Szklana pułapka 4" i "Ocean's 13". Jeśli o mnie chodzi, to z kontynuacji i powtórek mam ochotę tylko na jedną - na remake westernu "15.10 do Yumy", w którym Christian Bale eskortuje do więzienia złego Russella Crowe'a.

Priorytet drugi w największym stopniu będzie dotyczył kolubryn historycznych i opowieści fantasy. Spójrzmy: "300" według komiksu Francka Millera (tego od "Sin City") o spartańskich wojownikach walczących pod Termopilami, "10 000 lat przed naszą erą" Emmericha o łowcy mamutów, "Mroczne materie. Zorza północna" według Billa Pullmana, z Nicole Kidman, "Beowulf" Zemeckisa według staroangielskiego poematu heroicznego z VIII wieku, w którym pojawi się Anthony Hopkins. Nawet Robert De Niro, stroniący dotąd od podobnych rzeczy, jest w obsadzie "Gwiezdnego pyłu" według Neila Gaimana.

Nie ma sensu, bym przedłużał tę wyliczankę. Jeśli ktoś chce się przekonać, co trafi do amerykańskich kin w 2007 r., pełną listę (wedle dat premier) znajdzie w internecie na stronie www.film-releases.com.

2007 to będzie naprawdę nudny rok. Spielberg pojawi się na planie filmu o prezydencie Lincolnie (z Liamem Neesonem), a Scorsese zajmie się prezydentem Theodorem Rooseveltem (w tej roli, a jakże, Leonardo DiCaprio).

Co do Polski, to zgłaszam tylko jedno życzenie natury telewizyjnej - żeby wojenny serial szpiegowski "Tajemnica twierdzy szyfrów" Adka Drabińskiego według książki Bogusława Wołoszańskiego dorównał poziomem nieśmiertelnej "Stawce większej niż życie". A to, wbrew temu, co się niektórym zdaje, wcale nie będzie łatwe.

Akwarka wraca do gry

To będzie rok odrodzenia jazzu klubowego. Już w marcu do gry powróci Jazz Club Akwarium. Po latach absencji na swingującej mapie Polski Akwarium pojawi się w nowej lokalizacji - w Złotych Tarasach, nieopodal warszawskiego Dworca Centralnego. Będzie mieć mocną konkurencję, bo przez ścianę sąsiadować będzie z Hard Rock Cafe. Szef Akwarium Mariusz Adamiak (zawiaduje również festiwalami Warsaw Summer Jazz Days i JVC Jazz Festiwal Warsaw) ma już pomysł na klubową ramówkę. Będą gwiazdy światowego formatu i pełen przekrój nowej, młodej polskiej sceny, nie zabraknie też miejsca dla postaci kultowych wpisanych w krajobraz starego dobrego Akwarium.

Tradycją festiwalowych, pokoncertowych wieczorów były za czasów starej "Akwarki" niekończące się jam sessions, spontaniczne muzykowania gwiazd światowego formatu ramię w ramię z lokalnymi "młodymi lwami". To chyba tylko w tym miejscu między Odrą a Bugiem można było zagrać z Methenym albo bladym świtem wdać się w demoniczne bębnowe szaleństwo z Simonem Philipsem i Dennisem Chambersem. Tam rozbłysło wiele lokalnych gwiazd, ale i sporo przyblakło, ulegając pokusie świetnie zaopatrzonego baru. Na estradzie "Akwarki" w czasie takich spontanicznych grań zawiązywały się nowe formacje i artystyczne przyjaźnie.

W Akwarium zarejestrowano wiele płyt dzisiaj zaliczanych do kanonu naszego jazzu. To miejsce było giełdą informacji i kontaktów, szeptaną agencją koncertową, skrzynką pocztową i Bóg jeden wie czym jeszcze. To był artystyczny tygiel w pępku wielkiego miasta. Ale czy ten duch wróci do Złotych Tarasów, czy jak niegdyś po koncertach Cassandry Wilson, Johna Zorna, braci Breckerów albo Pata Metheny'ego w piekielnym ścisku dyskutowane będą kolejne frazy improwizacji lub wpadki mistrzów? Czy będzie można zjeść słynnego "śledzia trzy frazy" przy stoliku obok Herbiego Hancocka czy Joe Zawinula? Poplotkować z Johnem Scofieldem albo wznieść toast z Alem Di Meolą, jak dawniej?

Stare Akwarium było chyba pierwszym miejscem stolicy, w którym po prostu wypadało bywać. Jak na Jazz Jamboree czy Warszawskim Festiwalu Filmowym. I to jeszcze w czasach, gdy słowo "lans" było kompletnie nieznane. Jestem pewien, że nowe Akwarium szybko pozyska nowych bywalców, przypomną sobie o nim stare lwy. Chyba że szpan weźmie górę nad duchem, a lanserka nad swingiem. Życie jednak pokazuje, że można przenieść klub wiele ulic dalej i nie uronić nic z legendy. Udało się z Birdland w Nowym Jorku, dlaczego ma się nie udać nad Wisłą?



Młode kapele w polskiej sieci

To będzie rok polskiej muzyki w internecie. - Dziś bez netu praktycznie nie istniejesz - oznajmili mi kilka dni temu muzycy kapeli Sickbag. Spotkaliśmy się podczas warsztatów dla młodych zespołów zorganizowanych przez warszawski klub Stodoła. Rozmawialiśmy o mediach - tych jak najbardziej tradycyjnych - i miejscu, jakie zajmuje w nich nowa polska muzyka. Wyczerpaliśmy temat po jakichś dziesięciu minutach. Potem dyskusja zeszła na internet. Bo jeśli gdzieś można znaleźć prawdziwy i pełny obraz rodzimej sceny muzycznej, to tylko w sieci.

W tak zwanym realu Złotą Płytę otrzymuje wykonawca, który sprzedał 15 tys. egzemplarzy albumu. Taki nakład to dziś rynkowy sukces. Tymczasem wykonawcy, którzy nie mają na koncie nawet jednej płyty, osiągają po kilka, kilkanaście tysięcy ściągnięć swoich utworów z internetu. I nie mówimy tutaj o gwiazdach sceny niezależnej, lecz młodych kapelach, często znanych tylko w granicach regionu, które mają za sobą co najwyżej kilka występów na przeglądach i debiut na falach lokalnej radiostacji. Gdzie więc tak naprawdę jest "real" - w mediach komercyjnych czy internecie?

Działalność każdego debiutanta zaczyna się dziś od założenia witryny internetowej. Niektóre imponują pomysłem, inne przypominają zamierzchłe czasy internetu. Ale są. Praktycznie na każdej z nich w formacie MP3 dostępne są piosenki. Za darmo. Dla wszystkich. Polska muzyka w internecie osiągnęła masę krytyczną. Pytanie - kiedy nastąpi wybuch.

Jest publiczność (wystarczy pójść na dowolny występ jakiejś mniej znanej formacji, aby przekonać się, że ludzie chcą chodzić na koncerty i słuchać muzyki). Są stacje radiowe nadające muzykę ambitną czy niszową. Brakuje tylko wymiernego, a nie liczonego ilością ściągnięć darmowych "empetrójek", sukcesu.

Dostępność internetu rośnie szybko, ale jako medium promocyjne w Stanach czy Wielkiej Brytanii zadziałał on dopiero wówczas, gdy fani zaczęli sami wymieniać się muzyką w ramach sieciowych struktur społecznościowych w rodzaju MySpace. W Polsce na razie rozpowszechnianie muzyki wciąż przypomina bardziej jednostronne informowanie (fani ściągają utwory ze stron zespołów) niż wielostronną wymianę informacji. Do tego potrzebny jest polski MySpace. Jednak internet to medium wyjątkowo dynamiczne. MySpace nie był przez jego twórców pomyślany jako witryna służąca promocji muzyki. Rodzimi fani też mogą zaanektować jakiś zakątek sieci i wykorzystać na swój sposób. Obstawiam, że stanie się to szybciej, niż się nam wszystkim wydaje.



Polacy w świecie i świat w Polsce.

To będzie rok polskich artystów za granicą. Ich obecność na międzynarodowej scenie będzie jeszcze bardziej intensywna niż w 2006. Coraz więcej naszych galerii chce brać udział w światowych targach sztuki, których liczba rośnie również w zastraszającym tempie. Bazylea, Miami, Kolonia, Paryż, Berlin, Londyn - wszędzie obecne są i będą polskie galerie.

Właśnie rozwiązano konkurs na polski pawilon na Biennale w Wenecji. Wygrała go młoda rzeźbiarka Monika Sosnowska, na razie wiadomo tyle, że będzie to budowla w budowli, która wciśnie się pomiędzy ściany, sufit i podłogę polskiego pawilonu i symbolicznie rozsadzi jego konstrukcję.

Nie tylko my sami promujemy i pokazujemy na świecie naszą sztukę. Polscy artyści są coraz chętniej zapraszani przez zagranicznych kuratorów. W czerwcu otworzą się w Niemczech jedna po drugiej dwie wszechświatowe imprezy artystyczne. Pierwsza to organizowane co pięć lat documenta w Kassel, ogromny i zazwyczaj starannie przemyślany pokaz najnowszej awangardowej sztuki. Druga to odbywające się co dziesięć lat jeszcze bardziej prestiżowe, poświęcone wyłącznie rzeźbie Skulptur Projekte w Münster. Na Skulptur Projekte wystąpi Paweł Althamer, na documenta Artur Żmijewski, artysta i filmowiec, a nie aktor, co należy wyjaśnić, gdyż na documenta zaproszeni zostali tym razem ludzie rozmaitych zawodów, m.in. wybitny hiszpański kucharz Ferran Adria.

W listopadzie odbędzie się w Zachęcie duża wystawa Wilhelma Sasnala, na której podobno mają się pojawić także obrazy pochodzące z zachodnich kolekcji, u nas znane tylko z reprodukcji. Zachęta wciąż będzie się starać przybliżyć nam świat. Ostatnio mieli tu wystawy Afroamerykanie i Australijczycy, w 2007 r. zobaczymy współczesnych artystów z Meksyku. To znamienne: Polska sama przestała się uważać za margines świata. Coraz mniej jest u nas wystaw importowanych z zagranicy jako gotowe pakiety promocyjne lub komercyjne, coraz więcej oryginalnych autorskich pomysłów. W przyszłym roku ten kierunek powinien się utrzymać.

26 lutego dowiemy się, kto zbuduje warszawskie Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Dopiero wtedy okaże się, kto z prawie 200 zakwalifikowanych do konkursu ostatecznie nadesłał projekt. Czy zrobiły to światowe gwiazdy, jak Zaha Hadid czy Dominique Perrault? A jeśli tak, co zaproponowały? W połowie roku będzie też wiadomo, kto postawi nowe Muzeum Śląskie w Katowicach. Czy zacznie się rok muzeów? Raczej dekada. Budowa muzeum to wciąż najbardziej czasochłonny artystyczny projekt.



Scena dla nowych Innych

To będzie rok odzyskanej prywatności. Po wybuchu teatru politycznego w Polsce czeka nas jego powolna ewolucja. Ci, którzy w ostatnich latach byli pionierami teatru zaangażowanego, przełamywali konwencje, dochowali się już konkurencji. Dziś muszą iść w głąb.

Nie wystarczy już poruszanie aktualnych tematów, upominanie się o prawa wykluczonych, przenoszenie klasycznych historii z Werony czy Elsynoru na blokowisko. Nawet język popkultury - cepelia a la Lynch czy Almodóvar i filmowo-teledyskowy montaż - który jeszcze niedawno wydawał się pochodzić z jakiejś zakazanej, szatańskiej księgi, dziś przypomina raczej elementarz Falskiego.

Aby nie utonąć w tym szczebiocie, reżyserzy będą musieli swoje zaangażowanie polityczne i społeczne przenieść na bardziej intymny, może abstrakcyjny poziom. Małe historie, indywidualne narracje, oszczędność w formie, baśniowość na miarę naszych czasów - tymi środkami będą operować artyści. Strach przed fanatyzmem, niepohamowaną konsumpcją, manipulacyjną siłą mediów zastąpi strach przed samotnością, starością, rozpadem ciała i pamięci. Po bolesnych diagnozach współczesności, w której każdy człowiek jest tylko "cząstką elementarną", rozpocznie się poszukiwanie nadziei.

Nadal popularna pozostanie tematyka gender, ludzi odrzuconych i napiętnowanych z powodu płci, orientacji, statusu ekonomicznego. Klasyczne już postaci geja i dyskryminowanej kobiety, które zaczną przesuwać się w stronę repertuaru komediowego, zastąpią na pozycji "wykluczonego" człowiek stary, kafkowski everyman, zbyt silna kobieta i zagubiony w swojej roli społecznej mężczyzna.

Zapowiadają się też zmiany gatunkowe. Widać już powrót teatru plastyków (np. Agata Duda-Gracz), regułą staje się udział w spektaklu choreografa, reżysera świateł, autora projekcji. Zatarły się już dawno granice między koncertem, widowiskiem tanecznym a spektaklem. I choć w głównym nurcie teatru nadal panuje "epoka reżyserów", na obrzeżach coraz częściej będzie dochodzić do fuzji angażujących artystów niekoniecznie związanych wcześniej ze sceną. Wzrośnie rola "dramaturga" (nie "dramatopisarza"), czyli doradcy reżysera od spraw literatury, filozofii, socjologii, najnowszych teorii metakulturowych (taką funkcją pełnią m.in. Grzegorz Niziołek, Bartosz Frąckowiak, Dorota Sajewska). Wszystko to zmieni ostrość widzenia teatru: od reporterskiego obiektywu do intymnego, pełnego niezwykłych obrazów snu.



Szymanowski: Nie zmarnować szansy

W listopadzie Sejm przyjął uchwałę w sprawie ogłoszenia roku 2007 Rokiem Karola Szymanowskiego. Okazją jest 125. rocznica urodzin i 70. śmierci polskiego kompozytora. Uchwałę przyjęto w ostatniej chwili, bo rok jubileuszowy właśnie się zaczyna i jego plan powinien być już zapięty na ostatni guzik. Tymczasem ministerstwo kultury dopiero zamierza powołać komisję koordynującą. Na razie skończyło się na rozesłaniu odpowiednich pism.

14 stycznia na specjalnym koncercie Rok Szymanowskiego zainauguruje Polskie Radio, które zapowiada też jesienny festiwal jego twórczości oraz kompozytorów do Szymanowskiego się odwołujących. Narodowa Orkiestra Symfoniczna Polskiego Radia muzykę Szymanowskiego grać będzie w kraju i za granicą. Opera Wrocławska zapowiada "Króla Rogera" w reż. Mariusza Trelińskiego. Spektakl, wraz z graną jedynie we Wrocławiu operą "Hagith", zostanie najprawdopodobniej zarejestrowany przez Polskie Wydawnictwo Audiowizualne.

W maju w Filharmonii Narodowej oba koncerty skrzypcowe wykona Frank Peter Zimmermann. Festiwal Beethovenowski uczci jubilata III Symfonią (w rocznicę śmierci 29 marca) oraz recitalem pieśni. Krakowski Festiwal Muzyki Polskiej zamierza włączyć do programu operetkę "Loterię na mężów", młodzieńcze dzieło, które otrzymałoby swe prawykonanie. Specjalne audycje przygotowuje Program 2 PR i TVP Kultura.

Warto jednak skoordynować działania, by Szymanowski stał się naszą wizytówką, tak jak nasi południowi sąsiedzi wypromowali Janaczka czy Dworzaka, Węgrzy zaś Bartoka. Na razie najwięcej dla popularyzacji tej muzyki na świecie zrobił sir Simon Rattle, konsekwentnie nagrywający jego dzieła na płyty EMI. Potrzebujemy nowych nagrań płytowych i DVD (albumy zapowiada Polskie Radio), które konkurowałby z interpretacjami angielskiego kapelmistrza. Ale cóż z tego, że nawet takie mamy - jak chociażby znakomity "Król Roger" pod Kaspszykiem - skoro na świecie mało kto o ich istnieniu wie A dlaczego jedyny komplet pieśni z fortepianem ukazał się dotąd w Holandii z inicjatywy holenderskiej pianistki? Trzeba też pomyśleć o profesjonalnej witrynie internetowej - www.karolszymanowski.republika.plma spore luki. I zmodernizować obchodzące w tym roku 30-lecie istnienia zakopiańskie muzeum w Atmie.

Rok 2007 będzie zatem Rokiem Szymanowskiego, choć - po cichu liczę - także Rafała Blechacza, który jesienią opublikuje swój pierwszy album dla renomowanej wytwórni Deutsche Grammophon. W którymś momencie Blechacz z pewnością sięgnie i po Szymanowskiego



Telewizja idzie w kanał

To będzie rok kanałów tematycznych. W największych stacjach na świecie od dawna wiedzą, że jeśli coś ma zadowolić wszystkich, to nie zadowoli nikogo. Zachodni "wyspecjalizowany" telewidz wie, na jakim kanale szukać rozrywki, na jakim muzyki, na jakim filmów, a na jakim programów popularnonaukowych. U nas telewizja tematyczna wciąż nie wyszła z pieluszek. Co prawda trafiła do nas część zagranicznych kanałów w polskich wersjach językowych. Jednak prawdziwym przełomem było dopiero pojawienie się rodzimej TVP Kultura w kwietniu 2005 roku.

Na przyszły rok TVP zapowiada wielką tematyczną ofensywę. Ruszą TVP Historia, TVP Film i najprawdopodobniej TVP Info (jako konkurencja do TVN 24; stworzony po przekształceniu TVP 3). Być może doczekamy się TVP Rozrywka. Zasięg ma zwiększyć działająca już TVP Sport. Mówi się też o TVP Parlament, choć nie wiadomo, czy ruszy w 2007 roku.

W tyle nie pozostaje TVN. Znane są już TVN 24, TVN Turbo, TVN Style, TVN Meteo. Niedawno dołączyły do nich m.in.: nSport, językowy TVN Lingua, lekarski TVN Med, Discovery Historia, Wojna i Pokój (prezentujący filmografię radziecką i rosyjską). Nowe kanały TVN możemy oglądać na razie jedynie na platformie N, ale kiedy spełnią swoją rolę i przyciągną do platformy jak najwięcej abonentów, nic nie będzie stało na przeszkodzie, żeby pojawiły się także na innych platformach czy w kablówkach. Polsat z kolei ma już m.in. Polsat Sport, Polsat Sport Extra czy Polsat Zdrowie i Uroda.

Co się zmieni dla nas, telewidzów? Przede wszystkim będzie wygodniej. Nie będziemy musieli wertować programu kilkudziesięciu kanałów, żeby znaleźć typ produkcji, które interesują nas najbardziej. Będziemy wiedzieli, że to, co chcemy oglądać, jest w stacjach X i Y. Pozostałe będziemy śledzić sporadycznie. Miejmy tylko nadzieję, że operatorzy sieci kablowych i platformy cyfrowe staną na wysokości zadania i zaczną tworzyć pakiety wygodne dla telewidza, a nie dla siebie.

Nie sprawdzą się najprawdopodobniej czarne scenariusze przewidujące, że w całym "tematycznym" zamieszaniu zgubią się dotychczas najważniejsze TVP 1 i TVP 2. Te dwie stacje paradoksalnie mogą na tej sytuacji jedynie zyskać, skupiając się na

ustawowej misyjności i poprawianiu poziomu (realizując na przykład premierowe spektakle Teatru Telewizji czy filmy dokumentalne, a rezygnując z nietrafionych komercyjno-rozrywkowych przedsięwzięć jak choćby show "Supertalent"). Jak dobrze może działać taki mechanizm, udowadnia od wielu lat brytyjska BBC.



Kultura nowej emigracji

To będzie rok współczesnych "Ksiąg Pielgrzymstwa Polskiego". Polska emigracja "unijna" jest fascynującym zjawiskiem społecznym, które nie odegrało jeszcze w polskiej kulturze takiej roli jak poprzednie wielkie fale emigracji. A przecież do takiej roli jest wręcz predestynowana. Po raz pierwszy w naszych dziejach jest to fala emigracji nie tyle ludzi uciekających przed wojną głodem czy prześladowaniami, ile fachowców, których przyciągnęły lepsze warunki życia. Emigranci z tej fali nie będą się ekscytować sprawami, którymi żyły poprzednie fale ("czy w powstaniu rację mieli biali, czy czerwoni" albo "kto kogo wykolegował na zjeździe regionu Mazowsze"). W efekcie ta emigracja nie będzie się już dusić we własnym sosie, ale pozostanie aktywnym uczestnikiem życia kulturalnego Polski i Europy.

Unijna emigracja trwa dopiero dwa lata z okładem, a już ma bogaty dorobek edytorsko-medialny. W Londynie, Edynburgu i Dublinie wychodzą polskie wkładki do lokalnych czasopism, działają polskie radiostacje - jak londyńskie Radio HeyNow czy internetowe Radio Orla. Mamy więc już współczesne odpowiedniki "Kultury" i "Wiadomości", nie wiemy jeszcze, co napisze współczesny Gombrowicz czy Herling.

Skoro nową falę emigracji od poprzednich odróżnia otwarcie na inne kultury i gotowość integracji, powinniśmy się spodziewać czegoś przypominającego kultury dwudziestowiecznych diaspor: włoskiej, irlandzkiej czy karaibskiej. Ironią historii jest przecież to, że kraje goszczące naszych współczesnych emigrantów same wydały z siebie wielkie fale wyjeżdżających za chlebem. Znaczna część z tego, co dziś uważamy za typową kulturę irlandzką, to tak naprawdę kultura iroamerykańska. Tradycja obchodzenia Dnia Świętego Patryka narodziła się przecież w Nowym Jorku. Arcywłoski przebój "Mambo Italiano" wylansowała w latach 50. Rosemary Clooney (ciotka George'a) - opowiada on ironicznie o relacjach między Włochami z diaspory i Włochami z Neapolu.

Będę więc w tym roku czekał na coś polskiego, co powstanie w Dublinie, Edynburgu czy Londynie. Może powieść, może piosenkę, może film. Zapewne my tu w Polsce będziemy wściekli, że ktoś przerabia nasze tradycje na jakąś komercyjną cepelię. Będą protesty i polemiki. A na końcu międzynarodowy sukces, który sprawi, że zaczniemy się przyznawać do wyklinanego dzieła. Podobnie było przecież z Mickiewiczowskimi "Księgami".