Gadomski: Dlaczego euro jest upolitycznione?

Casting kandydatów na prezesa NBP zdominowany jest przez problem euro. Ci, którzy uważają, że Polska powinna w miarę szybko wejść do strefy euro, mają niewielkie szanse dostać nominację od prezydenta. Potem musi za kandydatem opowiedzieć się większość Sejmu, w którym też raczej przeważają eurosceptycy.
Wiadomo, że prezydent i jego doradcy, a także premier i najważniejsi politycy PiS są przeciwni szybkiemu przyjęciu waluty europejskiej, a koalicjanci w ogóle nie chcą słyszeć o euro. Dyskusja staje się zatem coraz bardziej polityczna lub wręcz ideologiczna, a argumenty merytoryczne padają coraz rzadziej.

Również w środowisku ekonomistów profesjonalnych poglądy na euro wynikają raczej z intuicji niż z chłodnej analizy. Jeden z najwybitniejszych w Polsce specjalistów od polityki walutowej profesor Edmund Pietrzak (podobno był rozważany jako jeden z kandydatów na szefa NBP) pisał niedawno w miesięczniku "Forbes": "Ze smutkiem stwierdzam, że odchodzący (...) prezes NBP nadal nie rozumie, że nigdy nie było i nadal nie ma najmniejszych szans na euro w Polsce w roku 2007 lub 2010, a nawet 2012. Z profesjonalnego punktu widzenia jeszcze smutniejsze jest to, że prezes NBP podtrzymuje fałszywy pogląd, że jak najwcześniejsze członkostwo w strefie euro byłoby korzystne dla Polski". A dalej: "...im później, tym lepiej. Potwierdzają to przykłady Wielkiej Brytanii, Szwecji i Danii".

Profesor Pietrzak od dawna jest zwolennikiem późniejszego przyjęcia euro, ale w październiku 2001 r., podczas konferencji poświęconej temu zagadnieniu mówił: "Gdyby Polska zdecydowała się na późniejsze przystąpienie do strefy euro, złoty zostałby włączony do ERM2 nie 1 stycznia 2005, lecz 2-3 lata później. Jak wspomniano, Finlandia uczyniła to z blisko dwuletnim opóźnieniem. Sądzę, że dla Polski opóźnienie mogłoby wynosić nieco więcej, powiedzmy dwa, a nawet trzy lata. Oznaczałoby to, że polska waluta zostałaby włączona do ERM2 1 stycznia 2007 lub nawet dopiero 1 stycznia 2008. Jeżeli tak, to nasz kraj stałby się członkiem eurolandu po dalszych dwóch latach, czyli 1 stycznia 2009 lub 1 stycznia 2010".

Krótko mówiąc - przed pięciu laty profesor Pietrzak był zdania, że nie należy się spieszyć z euro, i dziś podtrzymuje ten pogląd. Wówczas uważał, że należy to zrobić później, niż chciał NBP, i dziś jest też w tej sprawie konsekwentny. Tyle że w roku 2001 NBP uważał, że realny jest termin 2007, a profesor Pietrzak mówił o 2010, a dziś NBP sądzi, że złoty mógłby zostać zastąpiony przez walutę europejską w roku 2010 lub 2011, a adwersarz sądzi, że... przynajmniej 3 lata później.

Nie bardzo rozumiem jednak zadowolenia profesora, który jest dumny z tego, że trafnie przewidział, iż Polska nie będzie w tej dekadzie gotowa spełnić warunki z Maastricht. W Polsce pesymistyczne prognozy sprawdzają się znacznie częściej niż optymistyczne, szczególnie w życiu publicznym, i nie jest to powód do radości.

Otóż to, czy i kiedy Polska będzie gotowa usztywnić walutę, a potem przyjąć euro, jest w dużej mierze decyzją polityczną. Gdyby politycy poprzedniego rządu oraz rządu PiS-LPR-Samoobrony zdecydowali się na bardziej restrykcyjną politykę fiskalną (co wcale nie wymagałoby ogromnych wyrzeczeń), Polska mogłaby już w ubiegłym roku wejść do ERM2 tak jak siedem innych krajów, które wraz z nami przystąpiły do Unii Europejskiej (Litwa, Łotwa, Estonia, Słowenia, Cypr, Malta, Słowacja). Przy odpowiedniej woli politycznej za dwa tygodnie w Polsce płacilibyśmy euro, tak jak będą płacić Słoweńcy. Jeżeli zaś tej woli nie będzie, może okazać się, że w roku 2020 kolejny prezes NBP uzna, że za pięć lat Polska będzie już gotowa do euro, a profesor Pietrzak napisze wtedy, że nie za 5, tylko za 8 lat.

Profesor Pietrzak nie przedstawia w swym felietonie żadnych argumentów przemawiających za opóźnieniem wejścia do ERM2, a potem strefy euro. Argument, że trzeba się dobrze przygotować, jest słuszny i oczywisty, ale nieprecyzyjny. Przede wszystkim zaś przygotowanie zależy - jak już pisałem - od decyzji politycznych. Ustalenie sztywnej daty ma sens, bo dopinguje polityków.

Profesor podtrzymuje pogląd, że kraje, które są poza strefą euro, radzą sobie gospodarczo lepiej niż te, które są w "Dwunastce". To teza podwójnie nieprawdziwa. Po pierwsze - trudno porównywać złotówkę do brytyjskiego funta, któremu zresztą też przydarzył się na początku lat 90. kryzys. Złotówce grozi on znacznie bardziej. Po drugie - nie ma żadnego statystycznego dowodu, że euro zaszkodziło wzrostowi gospodarczemu. W latach 2001-05 PKB w 15 krajach starej Europy wzrósł o 8,1 proc., w 12 krajach zaś, które przyjęły euro, o 7,2 proc. Różnica jak na pięć lat nieznaczna. Co więcej jednak, niski wzrost strefy euro był spowodowany stagnacją w trzech największych krajach UE: Niemczech, Francji i Włoszech, które w ciągu pięciu lat wzrosły (odpowiednio) o 3,1 proc., 7,7 proc. oraz 3,2 proc. Ale stagnacja zaczęła się, zanim euro zostało wprowadzone.

Dania, która pozostaje poza strefą euro, nie jest wcale pozytywnym przykładem, jak chciałby profesor Pietrzak. W latach 2001-05 PKB wzrósł o niespełna 5 proc. Z drugiej strony, w strefie euro mamy wiele krajów, które sobie doskonale radzą: Irlandia (wzrost w ciągu pięciu lat o 28,7 proc.), Grecja (24,1), Hiszpania (17,1), Finlandia (13,0 proc., lepiej niż będąca poza euro Szwecja - 12,3 proc.). Gospodarka grecka po wejściu do strefy euro (z poślizgiem) wyraźnie przyspieszyła.

Od wysokiej klasy fachowców (a prof. Pietrzak do nich należy) oczekiwałbym chłodnej analizy kosztów i korzyści z przyjęcia europejskiej waluty. Koszty oczywiście będą, bo prowadzenie polityki pieniężnej w ERM2 będzie bardzo trudne, o czym przekonują się kraje bałtyckie. Wejście do euro raczej nie obniży stóp procentowych (zwłaszcza "długich"), które już są stosunkowo niskie. Ale czy złotówka na pewno jest bezpieczna, czy odłożenie ad calendas graecas wprowadzenia europejskiej waluty nie skłoni spekulantów do ataku na polski pieniądz, czy stopy na pewno pozostaną niskie? Chętnie usłyszałbym odpowiedzi na te pytania.