W telewizji pokażą: TVP 1, niedziela godz. 16 "Lekcja białoruskiego", reż. Mirosław Dembiński

24.11.2006 00:00


Jeszcze przed polską premierą "Lekcja białoruskiego" dostaje nagrodę w Niemczech, a w kraju Łukaszenki zaczyna żyć własnym życiem, kopiowana na domowych wypalarkach.

- Dlaczego mnie zatrzymujecie? - pyta milicjantów 18-letni Franak Wiaczorka, który w mińskim przejściu podziemnym rozdaje opozycyjną gazetkę.

- Bo jesteście podobni - odpowiadają.

- Do kogo?

- Do przestępcy - mundurowi biorą go pod ramiona.

Franak łatwo nie ma. Nie dość, że jest synem znanego białoruskiego opozycjonisty, to jeszcze urodził się 26 marca 1988 r., dzień po zakazanym przez Łukaszenkę święcie niepodległości. Ojca na jego urodzinach nigdy nie było - zamykali go w dzień niepodległości. W tym roku trafił do aresztu wcześniej - jeszcze przed wyborami prezydenckimi, które odbyły się 19 marca.

Franak oprowadza nas po Mińsku, gdzie już za rozdawanie ulotek można trafić na dwa lata do więzienia. To wynik zaostrzonego przed wyborami prawa karnego. Łukaszenko zapewnił sobie dożywotnią możliwość startowania w wyborach, ale ludzie zaczęli protestować, poparł ich Zachód. Na wszelki wypadek nie wpuszczał więc na Białoruś "podejrzanych" dziennikarzy i polityków, a nawet polskich studentów, którzy rok wcześniej wsparli ukraińską Pomarańczową Rewolucję. Oby tylko nie powtórzyła się sytuacja z kijowskiego Majdanu.

Mirosław Dembiński, reżyser "Lekcji białoruskiego", nagradzany za swoje wcześniejsze dokumenty, aż nadto mógł się wydawać podejrzany. Właśnie do kin wchodził jego film "Krasnoludki jadą na Ukrainę" o zwariowanej eskapadzie pomarańczowego autokaru pełnego studentów w krasnoludzkich czapkach z Warszawy do Kijowa. W tym samym czasie na demonstracjach solidarności z Białorusią w Polsce były już pokazywane fragmenty "Lekcji białoruskiego". W efekcie, kiedy Dembiński po raz kolejny stawił się na granicy, dowiedział się, że na Białorusi nie jest mile widziany i wjechać nie może.

Film jednak udaje się ukończyć, bo zakazu nie dostał operator Maciej Szafnicki i asystent Dembińskiego - student filologii białoruskiej Piotr Dudanowicz. Kręcą wiece przedwyborcze kandydata opozycji Aleksandra Milinkiewicza, wieczór wyborczy z ludźmi na Płoszczy, późniejsze protesty przeciwko sfałszowaniu wyborów, w których, jak się można było spodziewać, wygrał Łukaszenko. Milicji starają się nie wchodzić w drogę, ale milicja trafia do nich: wchodzą do mieszkania, rekwirują sprzęt, nakazują opuszczenie Białorusi w ciągu trzech dni, zakazują wjazdu przez pięć lat. A Piotr następnego wieczoru trafia na 15 dni do aresztu za "wzięcie udziału w niesankcjonowanym mityngu", chociaż na "mityng" nie zdążył nawet dotrzeć.

Tego w filmie nie ma. Jest za to o Franaku, który tłumaczy koleżance, że mogą "zmienić ten świat", o jego kolegach, którzy uczą się po białorusku, choć to na Białorusi zakazane. Jest o mieszkańcach Mińska, którzy przy wtórze milicyjnych pał walących w tarcze krzyczą w noc wyborczą "Swaboda!", którzy rozbijają namioty na mińskim placu Październikowym, którzy dzień przed urodzinami Franaka wychodzą naprzeciw szpalerom milicji, padają pod ich pałami - nie wiadomo - ciężko ranni? Zabici?

Na początku listopada "Lekcja białoruskiego" dostała nagrodę "dla najlepszego filmu z Europy Wschodniej" na 49. Festiwalu Filmów Dokumentalnych i Animowanych w Lipsku.

Film na Białorusi żyje już własnym życiem. Młodzi kopiują go na domowych wypalarkach i przekazują z rąk do rąk. A reżyser tylko przyzwalająco potakuje.

Skomentuj:
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Najnowsze informacje