Mało kto się spieszy do euro i nikt nie pogania

Czechy jako trzeci kraj spośród nowych członków UE poinformowały, że odstępują od wyznaczania terminu zastąpienia korony przez euro. Wcześniej podobny scenariusz wydarzył się na Węgrzech.
Także Polska reprezentuje podobne podejście w tej kwestii. Rządy PiS uznały, że nie będziemy deklarować żadnej daty, dopóki nie spełnimy unijnych wymogów. Ekonomiści podkreślają jednak, że brakuje nam motywacji do reformowania finansów publicznych, a brak jakiegokolwiek "punktu zaczepienia" jeszcze bardziej tę motywację osłabia. Politykom na rękę jest odłożenie na półkę koniecznych reform (czytaj: redukcji wydatków). Porzucenie złotego też raczej im się nie uśmiecha.

Tymczasem szef NBP Leszek Balcerowicz powiedział w piątek, że bez ostatecznego spełnienia kryteriów z Maastricht (czyli m.in. ograniczeniu deficytu budżetowego i długu publicznego) nie ma co dyskutować o dacie. - Tylko wtedy, gdy deklaracje dotyczące finansów publicznych zostaną zrealizowane i utrzymane, można będzie mówić o wyznaczeniu przez Polskę daty przyjęcia euro. Bez tego wszystkie daty podawane do publicznej wiadomości nie do końca mają znaczenie - powiedział w piątek w Krakowie.

Proces rozszerzania strefy euro wydłuża się coraz bardziej. Na razie tylko Słowenia została dopuszczona do grona członków Unii Walutowej. Szybko po niej (lub razem ze Słowenią) miały wejść państwa nadbałtyckie, jednak kłopoty z opanowaniem inflacji oddalają tą perspektywę przynajmniej do 2010 roku.

Unijni decydenci patrzą na to ze spokojem, choć cała dziesiątka państw w momencie wejścia do UE zobowiązała się, że stanie się też członkami Eurolandu. Wprawdzie żaden termin nie jest określony, ale ekonomiści przyznają, że w postępowaniu eurokratów widać niechęć do powiększania liczby posiadaczy euro w portfelu. Chodzi m.in. o wypowiedzi apelujące o dokładne wypełnianie kryteriów z Maastricht, ale bez upominania i popędzania do reform. - Nie możemy przyspieszać tego procesu. Jest bardzo pożądane, aby nowe kraje członkowskie przyjęły wspólną walutę tak wcześnie, jak to możliwe, ale gdyby ustalone reguły nie były przestrzegane, nikomu nie wyszłoby to na dobre - powiedział w piątek unijny komisarz do spraw polityki gospodarczej i monetarnej Joaquin Almunia.

- Dla niektórych krajów korzystniejsze może być odłożenie tego momentu na później, po to by zachować nieco dłużej narzędzie polityki gospodarczej, jakim jest możliwość sterowania kursem walutowym. Przywódcy polityczni nowych państw członkowskich muszą sami zdecydować, czy ich kraj będzie potrzebował własnej polityki pieniężnej jeszcze przez pewien czas, czy też są gotowi już z niej zrezygnować - mówił "Gazecie" we wrześniu członek zarządu Europejskiego Banku Centralnego Jurgen Stark. Doradzał też Polsce, że być może przydałoby nam się nieco więcej czasu na zwiększenie elastyczności gospodarki, by być lepiej przygotowanym na euro.

- Chodzi o to, że przedstawiciele państw już obecnych w Eurolandzie są zaniepokojeni wynikami gospodarczymi. Brak bowiem poprawy dyscypliny fiskalnej - wyjaśnia Dariusz Rosati, eurodeputowany (SdPl), wcześniej członek Rady Polityki Pieniężnej. W nieoficjalnych rozmowach słychać obawy, że w takiej sytuacji powiększenie liczby członków unii walutowej pogłębiłoby problemy z prowadzeniem spójnej polityki pieniężnej dla wszystkich państw. Już dziś pojawiają się dyskusje, jak pogodzić potrzeby np. Niemiec i Irlandii.

Dariusz Filar z obecnej RPP podkreśla, że państwa wchodzące do euro muszą być bardzo dobrze przygotowane. Jednak trudno nie odnieść wrażenia, że nikt tam na nas nie czeka.

Małe państwa nadbałtyckie mogą zacząć posługiwać się walutą europejską najwcześniej w 2010 r. Tak deklarują. Polska, Czechy i Węgry nie deklarują nic, a rynek ocenia, że stanie się to dopiero w 2013-14 roku. W tej sytuacji ręce już zacierają Słowacy. Uparcie chcą być w Eurolandzie już w 2009 r. I liczą na wymierne korzyści z tej ucieczki do przodu. Minister finansów Jan Pociatek zapowiada, że Słowacja stanie się liderem gospodarczym naszego regionu i zgarnie atrakcyjne inwestycje zagraniczne.