Chichot białego człowieka, czyli jaja z pogrzebu - Wakacyjna Akademia Humoru "Gazety Ogórkowej" wyjaśnia z czego śmieją się Chińczycy

Chińska transkrypcja nazwiska Karola Marksa - Makesi - brzmi podobnie jak zdanie "koń może zdechnąć". I tam nikogo to nie śmieszy. W ogóle chiński dowcip to nie jest prosta sprawa.


Jako nauczyciel angielskiego w prowincjonalnym chińskim mieście opowiedziałem kiedyś uczniom typowy dowcip znad Tamizy. Zapadła głucha cisza. Zmieszany powtórzyłem puentę i zaśmiałem się serdecznie, żeby podkreślić humorystyczny efekt. Tym razem uczniowie śmiali się głośno, ale nie z dowcipu, tylko z nauczyciela. Usłyszeli bowiem egzotyczny chichot białego człowieka, który znali dotąd tylko z telewizji.

Chińczyk się śmieje, gdy coś zawalił

Śmiech pełni w Chinach, ale także w Korei, Japonii i Wietnamie, nieco inną rolę niż na Zachodzie. Europejczycy śmieją się przede wszystkim dlatego, że nie potrafią opanować wesołości. Tymczasem Azjaci na ogół potrafią się opanować, a do okazania radości wystarcza im uśmiech. Donośny śmiech Chińczyka brzmi natomiast fałszywie, bo służy pokryciu zakłopotania. Śmieje się biznesowy kontrahent, kiedy zawalił termin dostawy, albo agent w biurze turystycznym, który zapomniał dodać, że cena wycieczki nie obejmuje zakwaterowania. Szczerze i głośno śmieją się chyba tylko małe dzieci, aktorzy i zawodowi komicy.

Wielu cudzoziemców, zauważywszy ten fenomen, dochodzi do wniosku, że Chińczycy nie mają poczucia humoru. Kto widział komedie z Hongkongu, może najwyżej skonstatować, że chińskim ideałem jest humor slapstickowy. Taki jak u Jackie Chana, który w swoich filmach okłada napastników rondlami, patelniami i kapciami.

Shi shi shi shi shi shi

Tymczasem chiński humor jest wyrafinowany i kryje się choćby w języku, który - jak żadne narzecze Europy - pełen jest dwuznaczności, bo mnóstwo w nim podobnie brzmiących słów (tzw. homofonów). Chińska transkrypcja nazwiska Karola Marksa - Makesi - brzmi podobnie jak zdanie "koń może zdechnąć". Końcówka "-ski" w polskich nazwiskach transkrybuje się na chiński jako siji, co brzmi podobnie jak słowo "szofer".

Kiedy po powstaniu Chin Ludowych ktoś rzucił pomysł, żeby wprowadzić alfabet łaciński w miejsce znaków (w celu walki z analfabetyzmem), pewien profesor w ramach protestu napisał opowiadanko o kamiennym lwie, który mieszkał w jaskini. Brzmiało mniej więcej tak: Shi shi shi shi shi shi

Lin Yutang, jeden z pierwszych chińskich autorów, którzy próbowali opisać dla cudzoziemców charakter swego narodu, zauważył w 1935 roku, że pytać o humor w Chinach to tak, jak szukać piasku na pustyni. Za jego najciekawszy wykwit Lin uznał pogrzeby. - Pogrzeb, jak wesele, powinien być hałaśliwy i drogi. Nie musi być poważny, bo powagę zapewniają pompatyczne stroje. Reszta to farsa - pisał w książce "Mój kraj i mój naród". - Do dziś nie odróżniam pogrzebu od wesela, dopóki nie zobaczę trumny albo panny młodej.

Tam, gdzie chińska tradycja przetrwała, podobne pogrzeby odbywają się nadal.

Niedawno na kanale Discovery Travel oglądałem Singapurczyka, który dla swojego zmarłego dziadka zrobił papierowy model mercedesa w skali 1:1, a następnie spalił go na środku osiedlowej uliczki, żeby zapewnić przodkowi odrobinę luksusu w życiu pozagrobowym. Stare obyczaje odradzają się także w ChRL, gdzie zyskują świeże oblicze. Niedawno władze w Pekinie zakazały przygotowywania przodkom takich ofiar, jak papierowe prezerwatywy albo figurki modelek i aktorek.

Uśmiech aż po grób

Według Lina pogrzeb to ukoronowanie chińskiego podejścia do życia, które każe je traktować jak farsę i grać swoją rolę z uśmiechem aż po ostatni gong. Na 14 lat przed powstaniem Chińskiej Republiki Ludowej Lin pisał proroczo: - Kto potrafi docenić humor chińskich pogrzebów, będzie w stanie pojąć programy partii politycznych.

Dziś, kiedy komunistyczne władze przekonują, że dziki kapitalizm, jaki zapanował za Wielkim Murem, to "socjalizm o chińskich właściwościach", nie sposób odmówić mu racji.



Zhengzhi xiaohua, czyli dowcipy polityczne



1. Spotkanie na szczycie. George W. Bush, Władimir Putin i Hu Jintao zrobili sobie przerwę i wybrali się na spacer do lasu. Nagle z gęstwiny wypada wilk. Politycy nie mają dokąd uciec, bestia groźnie warczy.

- Przepuść mnie - mówi do zwierzaka George W. Bush - bo inaczej przekonasz się na własnej skórze o sile amerykańskiej bomby atomowej!

Bush przechodzi zadowolony, a Putin rzuca do wilka: - Puszczaj, bo inaczej przekonasz się na własnej skórze o potędze KGB!

Wydostawszy się z pułapki Amerykanin i Rosjanin śmieją się z Chińczyka, przekonani, że nie wystraszy wilka. Nagle z krzaków wyłania się uśmiechnięty Hu Jintao.

- Jak uciekłeś wilkowi?! - pytają zdumieni.

- Powiedziałem mu, że jak mnie nie wypuści, to przekona się na własnej skórze, czym jest socjalizm w wydaniu chińskim.



2. Pewien podróżnik dotarł do kraju kanibali. Wstąpił do restauracji. Ze zgrozą czyta menu: filet z pasterza - 3 dol., danie z myśliwego - 4 dol., pieczeń z wojownika - 5 dol., potrawka z polityka - 25 dol.

Ochłonąwszy z obrzydzenia, woła kelnera i pyta: - Czemu mięso polityka jest aż takie drogie?

Kelner nachyla się i szepce konfidencjonalnie: - Nawet pan nie wie, ile się kucharz musi namęczyć, żeby nie było czuć, że to ścierwo jest zepsute!

Skomentuj:
Chichot białego człowieka, czyli jaja z pogrzebu - Wakacyjna Akademia Humoru "Gazety Ogórkowej" wyjaśnia z czego śmieją się Chińczycy
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Najczęściej czytane

Najnowsze informacje