Wino w Australii zaczyna być tańsze niż woda

Widmo klęski nadprodukcji zawisło nad właścicielami winnic i piwnic na antypodach. Winiarze zgrzytają zębami, ale konsumenci ruszyli w pogoń za okazjami
Rekord promocji padł niedawno w sklepach The Dan Murphy's należących do sieci Woolwortha. Sprzedawały one butelkę przyzwoitego Cabernet Merlot z 2005 roku w wersji tzw. cleanskin (to znaczy bez etykiety) za 1,95 dolara australijskiego (czyli 4,48 zł). Jeszcze taniej wychodziło kupienie sześciolitrowego kartonu chardonnay - 11,93 dolara. Tymczasem litrowa butelka wody kosztuje od 2 do 3 dolarów.

Żałuję, że nie udało mi się złapać tej okazji. Najtańsze wino, jakie piłem, podróżując po Australii (Chardonnay 2005 z Południowej Australii), kosztowało 4,99 dolara (11,40 zł). Zaskoczyło mnie świeżością bukietu i doznaniami smakowymi.

W lipcu nagie, uśpione zimą winnice w malowniczej Dolinie Barossy niedaleko Adelajdy wyglądają sielankowo, ale czuć, że coś złego wisi w powietrzu. Kiedy odwiedzałem największe domy wina w leżącej w sercu doliny Tanunda, żaden producent nie pisnął nawet słowem na temat tego, co będzie w kwietniu i maju przyszłego roku, kiedy zacznie się winobranie. To temat tabu, lepiej zachwalać porzeczkowo-śliwkowy bukiet shiraza czy aksamitną głębię chardonnay...

Nad winnicami Barrosy wzdłuż szpalerów palmowych zagajników górują wielkie srebrne zbiorniki przypominające silosy na zboże. W nich przechowywane są schłodzone tysiące hektolitrów wina w różnych stadiach produkcji. To nadwyżki, których nie udało się przelać do dojrzewania w drogocennych beczkach z amerykańskiego lub francuskiego dębu (za każdą Australijczycy muszą płacić powyżej 1000 dol.). - Czekają na lepsze czasy - mówi przewodniczka z Chateau Yaldarra.

Ale lepszych czasów chyba szybko nie będzie. W australijskich zbiornikach czeka na nie miliard litrów młodego wina, z którym nie wiadomo co zrobić.

Yaldarra szczyci się kopią francuskiego "chateau" z białego kamienia i kolekcją antyków. Niewykluczone, że niedługo sięgnie - podobnie jak pozostałe australijskie domy wina - po inne francuskie wzorce, np. protesty ostry lobbying w sprawie rządowej pomocy dla sektora. Mocny dolar australijski i nadprodukcja wina spowodowana niezwykłym urodzajem w ciągu ostatnich lat pcha australijski sektor winny w otchłań kryzysu.

Nadwyżki australijskiego wina zbliżają się do poziomu 19 mln hektolitrów. Nie ma co z nimi zrobić, bo rynki eksportowe nie są z gumy. Gdyby nie rosnący popyt w Chinach, wiele australijskich winnic poszłoby już z torbami. Nie zanosi się też na to, że wzrośnie konsumpcja w kraju, gdyż poważnym konkurentem jest piwo.

Co gorsze klęska urodzaju prześladuje od kilku lat największe kraje winiarskie. Nadzwyczaj dobre zbiory we Francji, Argentynie i Australii spowodowały, że światowa produkcja wina wzrosła do poziomu 287 mln hektolitrów - największego od 1992 roku. Francuskie stowarzyszenia winiarskie domagają się od Unii specjalnej interwencji na rynku - błyskawicznej destylacji 10 mln hektolitrów nadwyżek na spirytus kosztem 200 mln euro.

Jak dotąd "jeziora wina" były problemem Starego Świata. Wina z Nowego Świata, w tym z Australii, stały się synonimem winiarskiego sukcesu i wyższości rynku nad polityką interwencjonizmu. Francuscy winiarze mogli tylko zazdrościć Australijczykom eksportowego sukcesu (w ciągu dziesięciolecia Australia stała się czwartym po Francji, Hiszpanii i Włoszech eksporterem wina), do którego kluczem była nowoczesność i przemysłowa skala produkcji w połączeniu z jakością i prostym systemem nazewnictwa. W odróżnieniu od skomplikowanego francuskiego gąszczu apelacji, regionów i cru - na butelkach wina z Australii pojawiała się nazwa domu wina, szczepu winogron i rok zbiorów.

Dziś niewidzialna ręka rynku przestała pieścić australijskich winiarzy i zaczyna zaciskać się na ich gardle. Jedno z australijskich stowarzyszeń winiarskich przestrzega, że aby wrócić do rynkowej równowagi, z biznesu musiałoby się wycofać 10 proc. plantatorów i winiarzy. Plantatorzy zaczynają się domagać specjalnych rekompensat, za niezbieranie winogron. Chcą, by rząd w Canberze przeznaczył na ten cel 60 mln dol. australijskich. To przekładałoby się na 2000 dol. dopłaty do każdego "niezebranego" hektara.

Rząd na razie odmawia, gdyż byłoby to zaprzeczeniem wszystkiego, z czym australijscy negocjatorzy walczyli w ciągu ostatnich lata na forach WTO. Europejczycy co roku pompują w sektor winiarski 1,3 mld euro subsydiów, naruszając zasady równej konkurencji. Niewykluczone jednak, że władze w Canberze będą musiały zmienić zdanie. Cytowany przez dziennik "The Australian" Paul Clancy, winiarz z regionu Riverland, prorokuje bowiem wiosenną rzeźnię producentów.