Gry dobre nie dla każdego

W Polsce nadal nie ma jednolitego systemu znakowania gier komputerowych w zależności od wieku odbiorcy. Posłowie wkrótce zdecydują, jakie rozwiązanie wybrać - czy proponowane przez PiS w projekcie tzw. ustawy o dobrych mediach, czy takie, jakie przyjęło się już w prawie całej Europie.
W filmie Spike'a Lee "Plan doskonały" przestępca dokonujący napadu na bank rozmawia z zakładnikiem - dzieckiem przez cały czas grającym na kieszonkowej konsoli w swoją ulubioną grę. Gra okazuje się być symulatorem okrutnych zbrodni (wzorowanym na autentycznej serii gier "Grand Theft Auto"). "Muszę porozmawiać z twoim ojcem o tej grze" - mówi zbity z tropu napastnik.

W Polsce ojciec chłopca miałby prostą wymówkę - skąd on mógł wiedzieć, że gra jest tak brutalna? Ktokolwiek kupował grę komputerową - niekoniecznie dla dziecka - ten wie, jak trudno przewidzieć cokolwiek na podstawie samej tylko okładki i opowieści sprzedawcy. Książkę czy komiks można przekartkować, ale gra jest loterią.

Okładki gier "Grand Theft Auto" przypominają typowy komiks sensacyjny - policyjny helikopter ściga przestępców, bandyci ostrzeliwują się z samochodu. Przewrotny urok tej gry polega na tym, że gracz w niej jest przestępcą - pnie się po szczeblach gangsterskiej kariery, kradnąc, zabijając i zastraszając - ale tego po okładce odgadnąć nie sposób.

W większości cywilizowanych krajów przyjęto jednolite systemy klasyfikacji wiekowej gier komputerowych. W krajach europejskich jest to system PEGI (Pan European Game Information) - w Polsce jego charakterystyczne znaczki znają już użytkownicy konsoli typu Playstation czy Nintendo. PEGI ma pięć stopni ograniczenia wiekowego (od trzech, siedmiu, dwunastu, szesnastu i od osiemnastu lat) oraz dodatkowe znaczki objaśniające przyczyny zastrzeżenia (m.in.: seks, przemoc, horror i wulgaryzmy).

Wydawca gry sam proponuje klasyfikację i dostarcza ją ekspertom PEGI, którzy akceptują ją lub sugerują zmiany. Potem wydawca płaci za prawo do użycia zastrzeżonych znaków PEGI i oznakowana gra trafia na rynek. Teoretycznie producent gry mógłby ukryć pełną przemocy scenę w grze dla przedszkolaków. Byłoby to jednak dla niego kosztowne. Jak bardzo, pokazuje znowu przykład "Grand Theft Auto". Producent gry, firma Rockstar, starał się wytwarzać wokół swojej serii aurę skandalu. W kolejnym odcinku serii umieszczony został ukryty kod pozwalający, by gracz - w wolnej chwili między rabowaniem samochodów a walką z konkurencyjnym gangiem - mógł uprawiać seks ze swoją dziewczyną. Kod ten nie był osiągalny w normalnej wersji gry, ale w internecie zaczęła krążyć łatka o nazwie "Hot Coffee" pozwalająca na jego uaktywnienie.

Firma liczyła, że zainteresowanie łatką przełoży się na zainteresowanie grą na zasadzie marketingu wirusowego (znajomy poleca znajomemu). Ubocznym skutkiem była jednak zmiana oceny dokonanej przez amerykański system ESRB z kategorii "M" ("Mature" - tylko dla odbiorcy dojrzałego) na kategorię "AO" ("Adult Only" - tylko dla dorosłych). Firma musiała wycofać część nakładu, wypuściła też łatkę "Cold Coffee" usuwającą kontrowersyjny kod. Wielu dystrybutorów, którzy z zasady nie sprzedają gier z kategorii "tylko dla dorosłych" - jak sieć supermarketów Wal-Mart - wycofało grę ze sprzedaży. Straty wydawcy szacuje się na kilkanaście milionów dolarów.

W Polsce w 2001 r. powstał obywatelski projekt ustawy o zakazie promowania przemocy w mediach, popularnie nazywany "ustawą o dobrych mediach". Jednocześnie Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej wspólnie z wydawcami i dystrybutorami gier pracuje nad przeniesieniem na nasz grunt systemu PEGI.

Obywatelski projekt przeszedł przez pięć lat długą ewolucję. W kwietniu złożyli go do laski marszałkowskiej posłowie PiS. Kiedy pisano jego pierwszą wersję, system PEGI jeszcze nie istniał (wszedł w życie wiosną 2003). PiS proponuje, żeby oznakowanie grom przyznawało ciało społeczne - Rada Dobrych Mediów powoływana przez premiera m.in. spośród "członków organizacji społecznych, których celem jest ochrona małoletnich przed szkodliwymi treściami".

Wydawca gry, która już uzyskała ocenę na Europę, musiałby ją jeszcze dostarczać do Centrum Dobrych Mediów i czekać - miesiąc, dwa, trzy? - aż ciało społeczne zapozna się z jej treścią. Dopiero wtedy gra będzie mogła trafić na półki. Tylko kto ją wtedy kupi? Cykl życia gier komputerowych od nowości po koszyk z przecenami to ledwie kilka miesięcy. Zamiast czekać na ocenę Centrum Dobrych Mediów, gracze będą sprowadzać nowe tytuły z innych krajów Unii albo po prostu grać w wersje pirackie.

W Europie inny niż PEGI system znakowania mediów zachowują tylko Niemcy wyczuleni na wszystko, co ociera się o tematykę nazistowską (gry, których akcja rozgrywa się w czasie drugiej wojny światowej, są zakazywane w Niemczech albo mają specjalne wersje, w których w miejscu swastyki pojawia się np. fikcyjne logo). To jednak szczególny przypadek, na którym Polska nie musi się chyba wzorować.

PEGI zrzesza czołowych dystrybutorów gier z naszego kontynentu. Wydawca próbujący wojować z tą organizacją traciłby miejsce na półkach sklepów od Lizbony po Helsinki, zostawałby mu najwyżej pokątny handel na bazarach. Niezależnie od tego, jak surowe oceny wydawałoby Centrum Dobrych Mediów, i tak wydawca gry bardziej liczyłby się z opinią PEGI - bo groźniejsze jest dla niego ryzyko utraty rynku europejskiego niż "grzywna do 5000 złotych", którą przewiduje poselski projekt. Dlatego lepszym rozwiązaniem jest przyjęcie u nas rozwiązania europejskiego.

Zobacz też nowootwarty blog Wojtka Orlińskiego w serwisie Blox.pl