Umarł, bo w szpitalu brakuje anestezjologów

W szpitalu w Raciborzu zmarł chory, który był nieprawidłowo znieczulany do operacji. Doszło do tego po tym, jak ze szpitala zwolnili się niemal wszyscy anestezjolodzy
83-letni pacjent umarł trzy tygodnie temu, ale dopiero od wczoraj sprawa jest w prokuraturze. Poniedziałek 3 lipca. Dr Grzegorz Frydrych, ordynator anestezji raciborskiego szpitala, pracuje bez przerwy trzeci dzień. "Gazecie", mówi, że boi się wyjść z pracy, bo w szpitalu z 13 anestezjologów zostało trzech: on, jego zastępca i lekarka w trakcie specjalizacji. Pozostałych dziesięciu zwolniło się podczas sporu o podwyżki. Zażądali ich jeszcze na wiosnę. Dyrektor odmówił, złożyli więc wypowiedzenia i 1 lipca przestali pracować. - Zdrowie i życie pacjentów jest zagrożone - alarmowała prof. Anna Dyaczyńska-Herman, wtedy konsultant wojewódzki w dziedzinie anestezjologii i intensywnej terapii.

Dyrekcja szpitala ratuje sytuację, ogłaszając przetarg na dyżury anestezjologiczne. Wygrywa go firma Falck Medycyna. Ale na Śląsku nie może znaleźć chętnych do pracy. Lekarzy sprowadza więc z całej Polski.

- Lekarz, którego Falck sprowadził na dyżur w niedzielę, ma tylko pierwszy stopień specjalizacji, nie ma doświadczenia w znieczulaniu. Poza tym nie zna naszych aparatów i trybu pracy - mówi nam 3 lipca dr Frydrych. I chce sam dyżurować.

Ale Frydrych, choć jako ordynator nie złożył wypowiedzenia, też kłócił się z dyrekcją o podwyżki. Zbigniew Wierciński, wicedyrektor ds. medycznych, wręcza mu pismo: "Nie przyjmuję do wiadomości Pańskiej decyzji o przejęciu dyżuru". Po południu Wierciński przedstawia mu anestezjologa sprowadzonego przez firmę Falck z Pabianic. Ma specjalizację, ale przez ostatnie pięć lat pracował tylko w erce. Frydrych zwraca na to uwagę, ale Wierciński stwierdza, że to nie problem. Ordynator wychodzi więc ze szpitala, informując nowego lekarza, że ma dyżur pod telefonem i by w razie potrzeby go wezwać.

Po południu trzeba pilnie operować 83-latka z niedrożnością jelit i zapaleniem otrzewnej. Lekarz z Falcka rozpoczyna znieczulenie. Przed rozpoczęciem zabiegu nie odessał jednak zawartości żołądka. Nie przeprowadził także tzw. preoksygenacji (nie podał pacjentowi czystego tlenu, by w razie komplikacji miał jego zapas).

Chwilę później chory się zachłysnął. Lekarz próbuje go intubować, czyli wprowadzić rurkę do tchawicy i umożliwić oddychanie. Robi to kilkakrotnie bez skutku. Nie chce jednak, by wzywać pomoc. Ostatecznie jeden z chirurgów sam próbuje zaintubować pacjenta, a potem dzwoni na intensywną terapię. Tu dyżur pełni zastępca ordynatora dr Zbigniew Barto. Kiedy pojawia się na sali, serce chorego już nie bije. Natychmiast go intubuje i rozpoczyna reanimację. Akcja serca wraca, ale chory nadal jest w skrajnie ciężkim stanie. Umiera po skończonym zabiegu w drodze z bloku operacyjnego.

Tego dnia przeprowadzono jeszcze dwie pilne operacje. Obu chorych wprowadzał do znieczulenia dr Barto - intensywna terapia została bez lekarza. Frydrycha, choć miał dyżur pod telefonem, nie wezwano. O zdarzeniu dowiedział się od... pielęgniarek! - Ani Barto, ani lekarz z Pabianic nie odnotowali zgonu w książce raportów - zaznacza Frydrych.

O sprawie dowiedziała prof. Dyaczyńska-Herman. Zasugerowała dyrekcji szpitala wykonanie sekcji zwłok pod nadzorem prokuratora. Dyrekcja odmówiła. - Tego tematu nie ma. Otrzymałem od wicedyrektora ds. medycznych informację, że nie był to zgon z przyczyn anestezjologicznych - mówi "Gazecie" Wojciech Krzyżek, dyrektor naczelny szpitala.

- Ten zgon nie ma związku z działaniem anestezjologa. Potwierdziła to sekcja zwłok - zapewnia też Krzysztof Waszkiewicz, dyrektor medyczny Falcka w Katowicach.

Kilkanaście dni temu dr Frydrych został zwolniony. Nie będąc już ordynatorem, zawiadomił oficjalnie o sprawie nowego konsultanta wojewódzkiego prof. Przemysława Jałowieckiego. Ten zawiadomił w poniedziałek prokuraturę w Raciborzu. - Zachodzi bardzo poważne podejrzenie, że lekarz nieprawidłowo znieczulał chorego, a skutki długotrwałego niedotlenienia mogą nie być zauważalne podczas sekcji zwłok - mówi "Gazecie". Ma też wątpliwości, czy dyrekcja szpitala, decydując się na ofertę Falcka, nie spowodowała zagrożenia dla pacjentów, skoro firma nie zatrudniała dostatecznej liczby kompetentnych anestezjologów. - Wynajęcie tej firmy było błędem. Błędem było też, że szpital nie sporządził oficjalnego raportu w tej sprawie. To niedopuszczalne, by taką sprawę przemilczeć - twierdzi prof. Jałowiecki. Zgłosił tę sprawę również do rzecznika odpowiedzialności zawodowej przy Śląskiej Izbie Lekarskiej.

W całym kraju brakuje anestezjologów

Spośród wyjeżdżających na Zachód lekarzy niemal co szósty, a w niektórych regionach nawet co czwarty, to anestezjolog. Pracę znajdują łatwo, bo ich kontakt z pacjentem nie wymaga tak dobrej znajomości języka jak lekarza rodzinnego czy np. psychiatry. Zarobki anestezjologów za granicą są tak dobre, że lekarzom z Polski opłaca się latać do Anglii tylko na dyżury weekendowe. Lekarze z Raciborza nie szukają jednak tak daleko. Wystarczą im Czechy. Blisko do domu, a zarobki trzy-cztery razy wyższe.