Jeszcze rok temu wydawało się, że karty w e-biznesie są już dawno rozdane i nic nie jest w stanie zagrozić popularności Google czy Yahoo!. Ale raz jeszcze dała o sobie znać magia internetu. YouTube, serwis z plikami wideo, który nieco ponad rok temu startował w garażu, zostawił w polu sieciowych gigantów.
Statystyki są imponujące: jak podali w niedzielę właściciele serwisu, internauci oglądają na nim ponad 100 mln plików dziennie. Co dzień też przybywa 65 tys. filmików. Popularność YouTube zaskoczyła wszystkich - serwis zaczynał od filmików, w których główną rolę grał PJ, kot jednego z założycieli. Dziś nie brakuje tu parodii polityków, fragmentów telewizyjnych programów, kiksów piłkarzy, zabawnych reklam, starych teledysków czy relacji z rodzinnych imprez.
Według badań Nielsen/NetRatings YouTube ma prawie 20 mln unikalnych użytkowników w miesiącu. Jak dodaje monitorująca ruch w internecie firma Hitwise, serwis zagarnął dla siebie 60 proc. rynku plików wideo oglądanych online.
Wydawałoby się, że z takimi statystykami spółka nie powinna mieć najmniejszych problemów z utrzymaniem się na rynku. Ale branżowi analitycy wietrzą kłopoty. Josh Martin, analityk IDC, w niedawno wydanym raporcie stwierdził, że YouTube czeka prawdziwa walka o wyciśnięcie pieniędzy z darmowej rozrywki serwowanej internautom.
Nieunikniony koniec beztroski
- YouTube nie ma wyboru. Reklamy na serwisie to jedyna droga, by zdobyć jakiekolwiek przychody - uważa Martin. I właśnie z tym będzie problem - twierdzi ekspert IDC. Powód? YouTube przez ponad rok nie serwował żadnych reklam (utrzymywał się z pieniędzy funduszu venture capital Sequioa, który według nieoficjalnych informacji wpompował w serwis co najmniej 11 mln dol.). Według Martina to właśnie brak komercyjnych akcentów pozwolił YouTube na osiągnięcie błyskawicznego sukcesu. - Jeśli postawi na reklamy, internauci mogą się od niego odwrócić - przestrzega.
Martin porównuje YouTube do Napstera, kultowego systemu darmowej wymiany plików w internecie. Po metamorfozie w płatny, legalny serwis z muzyką marka niegdyś wielbiona w wirtualnym świecie dziś nie radzi sobie najlepiej. Tyle że YouTube nie zamierza - przynajmniej na razie - zmuszać internautów do płacenia za oglądanie plików. A tylko wówczas porównanie z Napsterem miałoby sens.
Na razie wygląda na to, że internautom nie przeszkadza wykorzystanie YouTube jako platformy promocyjnej. Disney przez cały dzień z wielką pompą reklamował w YouTube kontynuację hitu kinowego "Piraci z Karaibów".
Martin przewiduje, że plagą takich serwisów staną się pozwy o naruszenie praw autorskich (internauci zamieszczają w sieci fragmenty teledysków, koncertów czy transmisji telewizyjnych z mundialu). YouTube i z tym sobie radzi - najlepszy przykład to niedawno zawarta umowa z NBC, który w serwisie będzie promował swoją jesienną ramówkę. A jeszcze w lutym NBC miało z YouTube na pieńku z powodu fragmentu programu "Saturday Night Live", który znalazł się w serwisie.
Niewykluczone, że YouTube - poza banerami - postawi też na reklamy wideo doklejane do plików zamieszczanych przez internautów. Choćby z powodów technologicznych - na dowolnej stronie można umieścić link do pliku z YouTube. Wówczas nie wchodząc na stronę YouTube.com, można oglądać zgromadzone tam pliki. To z kolei obciąża serwer amerykańskiej spółki i oznacza konkretne wydatki. Taki model może być kuszący też dla Google Video - gigant zbudował swoją potęgę na niepozornych linkach sponsorowanych, reklamami wideo mógłby przyciągnąć reklamodawców z wyższej półki i z większymi budżetami.
Perspektywy wideoserwisów są obiecujące. Według danych Comscore przeciętny internauta, który ogląda pliki wideo, poświęca na to miesięcznie 100 minut - o kwadrans więcej niż pół roku temu. Według ostatniego raportu PricewaterhouseCoopers, do 2010 r. wydatki reklamowe na internet będą rosły o blisko 20 proc. rocznie. Do tego główni rozgrywający w tradycyjnych mediach, jak Warner Bros. czy Sony, pozbyli się rezerwy wobec internetu (obie wytwórnie sprzedają swoje filmy na stronie Guba.com, starszego od YouTube serwisu z amatorskimi klipami, choć mniej popularnego).
Serwisów bliźniaczych do YouTube przybywa - doliczono się już ich blisko 300 (prawdopodobnie jest kilkakrotnie więcej). Wiedząc, że w bezpośredniej rywalizacji nie mają szans, a ich właściciele imają się różnych sposobów, by ściągnąć internautów. Np. serwis Revver dzieli się z twórcami filmików przychodami z reklam. Jak twierdzą jego właściciele, autorzy megahitów (kilka, kilkanaście milionów odsłon) dorobili się już nawet po 10 tys. dol. Podobnie działa powstały przed kilkoma tygodniami Eefoof.com - raz w miesiącu zlicza liczbę odsłon, jakie wygenerował dany plik, i przelewa twórcom filmów odpowiedni procent z przychodów reklamowych.
Polski klon YouTube też z reklamami
Sukces, jaki stał się udziałem YouTube, jest możliwy także u nas. Patrz.pl, serwis powstały pod koniec zeszłego roku, dziennie odwiedza ok. 60 tys. unikalnych użytkowników. W dwa tygodnie po starcie było ich ledwie kilkuset. Internauci mogą wybierać wśród kilkudziesięciu tysięcy plików, co dzień przybywa ok. 500 nowych.
Patrz.pl w 100 proc. utrzymuje się z reklam (bannery sprzedawane przez Ad.Net, brokera reklamy internetowej, plus przychody z programu reklamowego Google). Serwis założyło trzech studentów informatyki z Politechniki Wrocławskiej. - Na czwartym roku poczuliśmy, że robienie programu, który dzień po otrzymaniu oceny w indeksie ląduje w koszu, nie ma większego sensu - wspomina Piotr Wierzejewski, jeden z założycieli serwisu. W ramach zaliczenia zrobili serwis wzorowany na YouTube, ale dodali też coś od siebie - plik można umieścić pod łatwym do zapamiętania adresem, np. www.smieszne.kotki.patrz.pl.
Jak mówią, sprzedaż serwisu ani zastrzyk gotówki od inwestorów w tym momencie ich nie interesują (z naszych informacji wynika, że odrzucili propozycję funduszu Warsaw Equity Holding, inwestora m.in. w Gadu-Gadu).
Potencjał serwisu docenili już polscy reklamodawcy: do Patrz.pl trafiły m.in. reklamy Punto Grande czy soku Fit, które ze względu na wulgarne słownictwo i niedwuznacznie erotyczną treść w telewizji znaleźć by się nie mogły.