Kiedy w Rosji zwiędła demokracja

05.07.2006 00:00
Dziesiąta rocznica prezydenckiej reelekcji Borysa Jelcyna odnowiła dyskusje nad początkiem putinizmu w Rosji. Rosyjscy liberałowie coraz częściej pytają, czy upadek rosyjskiej demokracji nie zaczął się już na kilka lat przed prezydenturą Władimira Putina.
Najnowszy sondaż World Values Survey przeprowadzony w 80 krajach pokazuje, że Rosja jest jednym z zaledwie trzech państw, gdzie demokracja nie zdobyła uznania większości ankietowanych. Z twierdzeniem, że "demokracja jest pomimo swych wad najlepszym z obecnie znanych ustrojów", nie zgodziła się ponad połowa Rosjan, Irańczyków oraz Nigeryjczyków.

Społeczna niechęć do zachodniej demokracji, autokratyzacja państwa przy bierności zdecydowanej większości Rosjan oraz powszechny brak zaufania do mediów (a więc i do krytyki prasowej) to podstawy putinizmu, czyli półdemokratycznego systemu budowanego od kilku lat przez prezydenta Władimira Putina bez większego oporu społeczeństwa. Publikacja sondażu, który dowodzi fatalnej reputacji demokracji wśród Rosjan, zbiegła się z 10. rocznicą prezydenckiej reelekcji Borysa Jelcyna i obudziła dyskusję na temat korzeni putinizmu.

Jak wygrywał Jelcyn

Pierwszy prezydent Rosji Borys Jelcyn, który na początku lat 90. przewodził wolnościowym przemianom w swym kraju, po kilku latach stał się - co przyznają coraz liczniejsi rosyjscy demokraci - powolnym narzędziem potężnych grup interesu, które na własny użytek posługiwały się i jednocześnie kompromitowały pojęcie "demokracji".

Wybór Jelcyna na drugą prezydencką kadencję (3 lipca 1996 r.) był dla wielu jego stronników prawdziwym cudem. Ciężko chory i skrajnie wówczas niepopularny prezydent startował od kilkuprocentowego poparcia i wyraźnie przegrywał z kandydatem komunistów Giennadijem Ziuganowem. Otoczenie Jelcyna już na kilka miesięcy przed wyborami było zgodne, że są one zbyt ważne, aby powierzyć je wyłącznie wyborcom. Gen. Aleksander Korżakow z innymi kremlowskim "siłowikami" doradzali, aby Jelcyn wybory po prostu odwołał np. pod pretekstem zaostrzenia się sytuacji w Czeczenii.

Młoda rosyjska demokracja wygrała o tyle, że Jelcyn nie zdecydował się na proponowany mu zamach stanu i postanowił stanąć do wyborczego wyścigu. Zachód kibicował "dobremu carowi", który stawia czoło spodkobiercom komunizmu i przymykał oko na półdemokratyczne metody, którymi wydźwigano go do władzy.

Tymczasem na kampanię wyborczą szły ogromne pieniądze oraz podporządkowane ludziom Jelcyna media. Jeden z ówczesnych kontrkandydatów Jelcyna demokrata Grigorij Jawliński twierdzi, że obecna "demokracja sterowana" Władimira Putina to wyłącznie twórcze rozwinięcie "późnego Jelcyna".

Grupa najbogatszych oligarchów wyłożyła bowiem na kampanię Jelcyna - jak szacują zachodni analitycy - około pół miliarda dolarów, choć ustawowy limit wynosił wówczas 3 mln dol. Oligarchowie ruszyli na media. Z pomocą państwa Rem Wiachiriew (z Gazpromu) kupił kilkanaście gazet, Borys Bierezowski - telewizję ORT, dwie rozgłośnie, kilka gazet i czasopism, Władimir Potanin m.in. dziennik "Izwiestia".

Media straszyły wojną domową w razie wygranej komunisty Ziuganowa, a lokalna administracja utrudniała jego kampanię wyborczą. Choć przed drugą turą wyborów Borys Jelcyn przeszedł zawał serca, to dysponujący wpływowymi mediami sztab prezydenta uznał to za tajemnicę państwową.

Dlaczego Rosja nie kocha demokratów

Nawet zagorzali krytycy Jelcyna przyznają, że stopień pluralizmu i wolności słowa również w czasach jego drugiej kadencji był nieporównanie wyższy niż za prezydentury wskazanego przez Jelcyna następcy Władimira Putina. Jednak pamięć o nadużyciach jelcynowskich oligarchów i instrumentalnym wykorzystywaniu mediów pozostaje jedną z głównych przyczyn niechęci Rosjan do demokratów kojarzonych z Borysem Jelcynem.

- Prodemokratyczny Zachód? Europa i Ameryka krytykują Putina, a milczały za Jelcyna. Tu chodzi o gaz, a nie o demokrację! - można też usłyszeć od wielu Rosjan umacnianych w antyzachodnich fobiach przez putinowskie media.

Metody, które zaczęto stosować w wyborach z 1996 r., nie wzbudzają natomiast zawstydzenia wśród elit rosyjskiej władzy, które teraz służą w drużynie Władimira Putina.

"Możliwe, że popełniono wtedy fałszerstwa wyborcze. Ale cóż było robić?" przyznaje bez żenady Wiaczesław Nikonow w wywiadzie dla "Moskowskich Nowosti". Nikonow szefuje moskiewskiej fundacji Polityka, która w 1996 r. pracowała na rzecz ponownego wyboru Jelcyna, a dziś uchodzi za jednego z najlepiej poinformowanych politologów Rosji, którzy - jak mawiają w Moskwie - "chodzą na Kreml", czyli czerpią wiedzę z osobistych rozmów z prezydentem Władimirem Putinem. Bogaty we wspomnienia z lat 90. Nikonow zapewne doradza też Putinowi, jak "wygrywać po rosyjsku" kolejne wybory.

Zobacz najnowsze wideo

Skomentuj:
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Najnowsze informacje