Mały killer

Tydzień temu zapowiadałem, że przedstawię nowego domownika, który pojawił się u nas wraz z falą upałów. Ponieważ upały trwały wówczas nieprzerwanie, z jednego nowego domownika zrobiło się dwóch
Zacznijmy ich historię od początku.

Wszystko przez to, że z dwóch znanych mi dziupli dzięcioła trójpalczastego nie zdołałem dotrzeć do żadnej przed wylotem, a może przed zjedzeniem piskląt. Zrozpaczony postanowiłem znaleźć trzecią. Ledwo jednak opuściłem naszą wieś, z pobocza dobiegł mnie dziwny wrzask. Spojrzałem w trawę i zdębiałem, bo okazało się, że niemal pod nogami drze mi się w niebogłosy młoda i jeszcze nielotna dzierzba srokosz - największa z naszych dzierzb powszechnie znana z nabijania swych ofiar na kolce.

Nie spodziewałem się zobaczyć młodych tego ptaka, który tu w okolicy zakłada gniazda dość wysoko. Nie wiedziałem, co robić z pisklęciem. Jestem przeciwnikiem zabierania młodych, ale temu najwyraźniej coś się przydarzyło. Jak postąpić? Trzeba poradzić się specjalisty. W Polsce najlepiej na dzierzbach zna się dr Piotr Tryjanowski z Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu. - Zabieraj ją do domu, bo zginie - poradził. Tak też zrobiłem.

Gdy młody siedział już bezpiecznie w pudełku, zacząłem się zastanawiać, co było przyczyną opuszczenia gniazda? Drapieżnik może zmusić do skoku z gniazda, ale raczej nie w biały dzień. Pasożyty? Poza jedną krwiopijną muchą ptak nie miał nic. Upał? Tego dnia było piekielnie gorąco. Tę tezę potwierdziło zdarzenie, które miało miejsce dwa dni później. Otóż, jadąc na zakupy, Nuria znalazła kolejnego małego srokosza, tuż obok miejsca, w którym znalazłem pierwszego. Znów było bardzo gorąco.

Obydwa maluchy okazały się niebywałymi żarłokami. Pochłaniają dziennie dwie siekane myszy plus sporą ilość larw mączników. Fascynujące, że lada moment z tych sympatycznych ptaszków wyrosną myśliwi, jakich mało. Od dr. Tryjanowskiego dowiaduję się o nich niebywałych rzeczy. Otóż nie jest tak, jak sądzi większość ludzi, że największą ofiarą tego ptaka może być nornik. - W średniowieczu używano tych ptaków w sokolnictwie. Polowano z nimi na kwiczoły. Widziałem, jak srokosz atakował większe od siebie ptaki - bekasa i samca kosa. Tego drugiego zabił. W USA widziano atak tamtejszego podgatunku srokosza, delikatniejszego od naszego, na pardwę - opowiadał mi poznański naukowiec. Tym, którzy nie wiedzą, podpowiadam, że pardwa jest wielkości kuropatwy.

Wygląda więc na to, że w moim rankingu ptasich killerów srokosz zdetronizował sóweczkę, która zabija ofiary swej wielkości, choć na ogół nieco mniejsze. Ptaki drapieżne, dziś nazywane szponiastymi, czyli sokoły, myszołowy, jastrzębie i orły, ze srokoszami nie mogą się równać, jeśli chodzi o proporcję między własną masą ciała a rozmiarami ofiary. Zresztą one do zabijania używają szpon i dzioba, a srokosz ma dość słabe łapy i musi sobie radzić tylko dziobem. Moje dwa maluchy mają na szczęście na razie dziobki bardzo delikatne.