Buddyjscy mnisi modlili się w Oświęcimiu

Dwustu mnichów z buddyjskiej organizacji Agon Shu modliło się w Oświęcimiu o pokój na świecie. Nie wszyscy uwierzyli w zapewnienia, że goście przyjechali w dobrej wierze
Ogłuszający rytm bębnów, surowi mnisi japońscy w egzotycznych strojach, monotonny śpiew, trzask płonącego drewna i słup ognia wzbijający się w niebo - tak wyglądał we wczorajsze południe miejski stadion w Oświęcimiu. - Modlimy się o dusze ofiar nazizmu i pokój na całym świecie, o pomyślność Polski - tłumaczył Terasawa Norihiko, jeden z mistrzów ceremonii.

Tłumaczenia były konieczne: buddyjskiej ceremonii oczyszczenia, zorganizowanej w przeddzień 66. rocznicy pierwszego transportu do KL Auschwitz, towarzyszyło wiele znaków zapytania. Agon Shu deklaruje się jako jedno ze stowarzyszeń buddyjskich, zrzeszające w samej Japonii prawie 300 tys. wyznawców. Działa legalnie i deklaruje pokojowy charakter. Organizacja chce finansowo wesprzeć budowę niedaleko obozowych terenów wielkiego kopca Pamięci i Pojednania, dlatego też zdobyła zaufanie prezydenta Oświęcimia Janusza Marszałka, który zabiega o realizację pomysłu.

Jednak Ministerstwo Spraw Zagranicznych oficjalnie zaleciło w kontaktach z Agon Shu "daleko idącą ostrożność". Nie wyjaśniło dlaczego. Członkiem organizacji był Shoko Asahara, odpowiedzialny za rozpylenie sarinu w tokijskim metrze w 1995 r. Dodatkowo atmosferę podgrzał "Super Express", nazywając konsekwentnie organizację sektą.

Te oskarżenia wyraźnie zabolały Japończyków zaproszonych do Oświęcimia przez prezydenta miasta. - Nie jesteśmy żadną sektą. Zebraliśmy w Japonii siedem milionów intencji modlitewnych. Poza tym jestem Japończykiem, pochodzę z kraju współodpowiedzialnego za drugą wojnę światową, czyli pośrednio również za Holocaust - zaznaczał Seiyu Kiriyama, przywódca Agon Shu.

Inni mnisi przyznawali, że Asahara był przez krótki czas związany z Agon Shu, jednak został z niej usunięty. - Czy gdyby tamtego zamachu w Tokio dokonał chrześcijanin, mielibyśmy prawo oskarżać chrześcijan? Oczywiście, że nie - mówił Hatsuo Nakamara.

Oskarżeń o sekciarstwo nie przestraszył się ordynariusz diecezji bielsko-żywieckiej Tadeusz Rakoczy. - Przyszedłem tutaj, żeby modlić się z braćmi buddystami o pokój. Ta modlitwa powinna jednoczyć różne wyznania - apelował.

Ostrożność zachowały natomiast władze muzeum KL Auschwitz-Birkenau. Nikt nie przywitał buddystów, którzy przyjechali się modlić do KL Auschwitz, również podczas ceremonii ognia nie był obecny żaden przedstawiciel muzeum. - Proszę się nie dziwić naszej powściągliwości. Sygnał z MSZ jest wyraźny. Nie chcieliśmy go lekceważyć - mówił Piotr Cywiński, który wkrótce przejmie obowiązki dyrektora muzeum.

Efektownej ceremonii przyglądało się ponad 100 oświęcimian. Oceniali wizytę bardzo różnie. Młodzi mieszkańcy pytali, czy Japończycy nie mogliby się modlić w swoim kraju. Starsi nie mieli nic przeciwko. Pani Władysława Kożdoń mówiła: - Niech każdy się modli jak uważa i gdzie chce. I tak wszystkie drogi prowadzą do nieba. Niech buddyści kroczą taką, jaka im się podoba.