Putin chce powiększyć Rosję

Moskwa podsyca niepokoje i ruchy separatystyczne u swoich sąsiadów - w Gruzji, Mołdawii i na Ukrainie. Chodzi nie tylko o odzyskanie wpływów w byłych republikach radzieckich, lecz także o rewizję granic
Eduard Kokojty, prezydent samozwańczej republiki Południowa Osetia, która formalnie jest częścią Gruzji, zapewnił wczoraj, że jego region de facto pozostaje częścią Rosji.

Osetia Południowa do sądu

- Przekażemy rosyjskiemu sądowi konstytucyjnemu dokumenty dowodzące, że Osetia Południowa stała się częścią Imperium Rosyjskiego i nigdy z niego nie wychodziła. Nie istnieje ani jeden dokument, który świadczyłby, że republika przestała być częścią Rosji - mówił Kokojty.

Ośmielił go rzecznik rosyjskiego MSZ Michaił Kamynin, który w opublikowanym wczoraj rano oświadczeniu napisał, że Rosja, choć szanuje "zasady integralności terytorialnej", uważa, że Osetia Południowa "ma prawo do samostanowienia". Kamynin dodał, że Tbilisi nie kontroluje Osetii Południowej.

Kamynina wsparł jego szef, minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow, który wczoraj też oświadczył, że "Gruzja nie jest w stanie kontrolować" republiki.

- Oświadczenia, które słyszymy z Rosji, podają w wątpliwość integralność terytorialną Gruzji - protestował gruziński minister stanu Gieorgij Chaindrawa. Dodał, że wypowiedzi dyplomatów rosyjskich to "akt agresji". Zapowiedział też, iż Tbilisi poprosi społeczność międzynarodową o wstawiennictwo.

Moskwa odpowiedziała na to, jak przystało "mocarstwu energetycznemu". Wczoraj w połowie Gruzji zaopatrywanej w prąd przez Rosjan wysiadło światło.

Krym z Rosją

Niespokojnie jest też na ukraińskim Krymie. Od kilku dni zwolennicy partii komunistycznej i innych ugrupowań prorosyjskich blokują port w Feodozji. Do portu zawinął płynący pod flagą NATO amerykański okręt "Advantage" ze sprzętem dla jednostek, które mają wziąć udział w lipcowych manewrach NATO na wybrzeżach Morza Czarnego.

Do Feodozji ściągają grupy demonstrantów z innych rosyjskojęzycznych regionów Ukrainy. Przy bramach portu skandują hasła: "NATO - wróg", "Precz ze zdrajcami!", "Nasza przyszłość z Rosją!". Przywódca krymskich komunistów Leonid Gracz rozpoczął w Feodozji zbieranie podpisów pod petycją o zdymisjonowanie prezydenta Wiktora Juszczenki oraz zjednoczenie Ukrainy i Białorusi z Rosją.

I tu Rosja dolewa oliwy do ognia. W poniedziałek rosyjski parlament - Duma - zapowiedział, że zwróci się do rządu, by zażądał zwrotu Krymu na podstawie zawartego w 1774 r. porozumienia między Imperium Rosyjskim a Portą Otomańską. Dopiero gdy deputowani zorientowali się, iż powołują się na nieaktualny układ między nieistniejącymi państwami, zrezygnowali z przekazania wniosku.

We wtorek wiceprzewodniczący Dumy, nacjonalista Władimir Żyrinowski w telewizji ukraińskiej zapowiedział, że postawi przed sądem Juszczenkę za "bezprawne ogłoszenie niepodległości Ukrainy". Zapowiadał też, że obali prezydenta Gruzji, a jego kraj "podzieli na sześć niezależnych republik".

Pomoc dla Naddniestrza, droższy gaz dla Białorusi

Należy się też spodziewać zaostrzenia sytuacji wokół samozwańczej republiki Naddniestrze, którą Mołdawia uważa za swoją prowincję. W środę wieczorem prezydent Naddniestrza Igor Smirnow ogłosił, że do końca września przeprowadzi referendum w sprawie niepodległości.

Wcześniej Radio Echo Moskwy podało, że Moskwa przekaże Naddniestrzu 215 mln dol. na podtrzymanie gospodarki. A rosyjski minister obrony Siergiej Iwanow zapowiedział, że 1,8 tys. żołnierzy rosyjskich, którzy stacjonują w Naddniestrzu, nie opuści republiki, dopóki w tym regionie "nie zapanuje spokój".

Moskwa zgodnie z przyjętymi zobowiązaniami powinna była zabrać swych żołnierzy z Naddniestrza do końca 2003 r.

Równocześnie Moskwa próbuje narzucić Białorusi coraz wyższe ceny gazu ziemnego. Komentatorzy mówią, że Kreml wytoczył sąsiadowi wojnę gospodarczą, by zmusić jego władze do zgody na szybsze tworzenie Związku Białorusi i Rosji na warunkach dyktowanych przez Rosjan.

Choćby trzy metry

Zdaniem komentatorów rosyjskich Rosja rozdmuchuje dziś punkty zapalne w byłych republikach radzieckich, bo Władimir Putin w 2008 r. kończy swą drugą i ostatnią kadencję prezydencką i nie chce być zapamiętany jako ten, przy którym Moskwa utraciła kontrolę nad Gruzją, Ukrainą i Mołdawią.

- Nie chodzi o oddzielenie Osetii Południowej od Gruzji, ale o przyłączenie jej do Rosji. Nie o separatyzm Osetyjczyków, ale o rosyjski imperializm - twierdzi Nikołaj Rudenski, komentator gazety internetowej Grani.ru.

Siergiej Buntman z radia Echo Moskwy wyjaśnia, że "Kreml pragnie więc teraz przyłączyć do Rosji choć trzy metry kwadratowe jakiegoś terytorium". Ostrzega jednak, że "cena tych trzech metrów może być bardzo wysoka".

Bo podsycanie separatyzmu u sąsiadów może sprawić, że również obywatele Rosji: Tatarzy, Jakuci czy Buriaci, upomną się o prawo do "samookreślenia".

- Nie zapominajmy, że Rosja to federacja, delikatny szklany dom. A kto mieszka w domu ze szkła, nie powinien rzucać kamieniami - przypomniał Buntman.