Komunalny Zakład Gospodarki Mieszkaniowej w Katowicach wezwał Edytę Kaźmierczak do natychmiastowego opuszczenia mieszkania. Zagroził, że inaczej usunie ją z meblami siłą. Ostateczny termin minął wczoraj o godz. 11.
Kaźmierczak nie posłuchała: - Nie mam dokąd pójść, a nie będę się tułać z dziećmi.
Do Katowic przyjechała z Zielonogórskiego trzynaście lat temu w odwiedziny do koleżanki. I już została. Nigdy nie pracowała, żyje z zasiłków - ma 690 zł miesięcznie. Ślub, po roku rozwód. Przemek ma 10 lat, Kamil 13. Wczoraj nie poszli do szkoły, żeby nie szukać się z mamą, jak ich wyrzucą z mieszkania. Adres zmieniali już pięć razy. Najdłużej, do czasu eksmisji bez prawa do lokalu socjalnego, mieszkali przy ulicy Dąbrowskiego. W kwietniu wprowadzili się do lokalu przy ul. Krzywej 5, zarządzanej przez KZGM. Pokój, kuchnia i ubikacja na korytarzu. Bezprawnie: - Drzwi nie musiałam wyłamywać, bo były rozwalone - opowiada Kaźmierczak. Znajomy naprawił, dorobił zamek, inni pomogli wnieść meble. Na szafie ustawiła rodzinne zdjęcia, pod oknem kwiaty, czuje się jak u siebie. Po miesiącu zgłosiła to w administracji. - W tym budynku na siedmiu lokatorów czynsz płaci tylko dwóch. Ja bym dawała podwójny.
- Starczy pani? - wtrącam.
- Opieka dźwignie mi zasiłki, węgiel da i remont obiecałam zrobić. Niech mi tylko przyznają ten lokal, dadzą szansę na pół roku - mówi.
Małgorzata Mędrzyk, kierowniczka administracji KZGM, nie dała się przekonać, ale nie wyrzuciła wczoraj lokatorki. - Wystąpiliśmy do policji z prośbą o asystę. Jak policjanci znajdą czas, wystawimy meble pani Kaźmierczak na korytarz - mówi.
- Wprowadzę się znowu - stawia się lokatorka. Jej sąsiadkę, która zrobiła to samo, co Kaźmierczak, policja wyprowadzała trzy razy. Sąsiadka trzy razy wracała aż dali jej spokój i mieszka.
- Ma sprawę w sądzie - tłumaczy Mędrzyk.
- Takich przypadków mamy dziesiątki w ciągu roku, najwięcej w Szopienicach i Załężu. Nie wiem nawet, ile dokładnie, bo administracje nie zawsze zgłaszają - mówi Jacek Kurzydło, zastępca dyrektora KZGM. - Wyjścia mamy dwa: usunięcie albo przymrużamy oko.
To drugie stosowane jest wobec samotnych matek z dziećmi, o ile sąsiedzi się na to zgodzą. Na Krzywej 5 wszyscy stoją za Kaźmierczak. - To mieszkanie od dawna było puste, zapuszczone, ćpuny się tam schodziły, straż miejską trzeba było wzywać co chwila. Teraz przynajmniej jest spokój - mówią.
- Wchodzimy wtedy na drogę administracyjną, która ciągnie się latami. Wzywamy do opuszczenia, negocjujemy, oddajemy sprawę do sądu. W końcu spisujemy protokół bezprawnego zajęcia lokalu i dajemy książeczkę opłat - wyjaśnia Kurzydło. I zaznacza: - To nie jest pozwolenie, tylko przyzwolenie. Ciche przyzwolenie.
Kurzydło twierdzi, że w wyjątkowych sytuacjach władze miasta mogą przyznać dzikiemu lokatorowi prawo do mieszkania. - Ja jestem temu przeciwny, bo to legalizowanie bezprawia - oświadcza Roman Buła, naczelnik wydziału budynków i lokali w katowickim magistracie. - Mieszkania czasami nie udaje się odzyskać, ale lokator też traci. Za zajmowanie lokalu bez tytułu prawnego ma ujemne punkty przy staraniu się o mieszkanie socjalne.
- Ludzie łamią prawo, bo takie staranie trwa długo, a w mieście są pustostany - mówię.
Buła: - Puste mieszkanie nie oznacza pustostanu. W sensie prawnym może być ciągle zasiedlone. Ktoś tam może być zameldowany.