Nawet bandytów wożą tramwajami

aura, mas
2006-05-21 , aktualizacja: 22.05.2006 00:00
A A A Drukuj
Nie dość, że w łódzkiej policji jest za mało radiowozów, to jeszcze połowa jest zepsuta. Funkcjonariusze jeżdżą na służbie własnymi samochodami lub środkami komunikacji miejskiej. Zdarza się, że nawet przestępcy są przewożeni tramwajami i autobusami!
O fatalnym stanie radiowozów w łódzkich komisariatach "Gazeta" alarmowała wielokrotnie. Połowa z nich, głównie wiekowe polonezy, nadaje się na złom. Okazuje się, że teraz jest jeszcze gorzej. Sprawnych radiowozów jest tak mało, że dochodzi do sytuacji kuriozalnych: żeby pracować, policjanci muszą sami organizować sobie transport.

- Jeździmy tramwajami i autobusami - opowiada pracownik sekcji nieletnich z jednego z łódzkich komisariatów. - Wstyd przyznać, ale zdarza się tak wozić nastoletnich bandytów. W kajdankach być nie może, więc udajemy rodzinę. Każemy zatrzymanym mówić do siebie "wujek". To jakaś paranoja!

- W dochodzeniówce na Widzewie mamy tylko jedno auto, starego poloneza. Na kilkunastu pracowników to za mało - dodaje policjant z VI komisariatu. - Gdy trzeba jechać do prokuratury czy na zdarzenie, przełożeni mówią nam: "radźcie sobie sami". No to sobie radzimy. Jedziemy tramwajem lub autobusem. Jak ktoś ma własne auto, to nim jedzie, choć za benzynę nikt nie zwraca. Czasem podwiozą nas koledzy z prewencji. Wsiadamy wtedy z tyłu, gdzie wozi się przestępców, a tam ledwie pies się mieści, bo jest szyba z pleksy.

Piotr Sumiński, komendant z Widzewa, przyznaje, że przydałoby się więcej radiowozów. - Ale jakoś sobie radzimy - dodaje dyplomatycznie.

Na Bałutach nie jest lepiej. - Tylko sześć aut jako tako nadaje się do jeżdżenia - mówi Roman Krucki, komendant II komisariatu. - Reszta stoi od miesięcy w warsztacie, a z jednym polonezem musieliśmy się ostatnio pożegnać. Miał 300 tys. km na liczniku i już chyba nawet na żyletki się nie nadawał.

Sześć radiowozów to stanowczo za mało jak na połowę Bałut. Na dodatek ciągle się psują. Zdarzyło się, że policjanci jechali do rozboju. Tuż za bramą komisariatu w aucie zapaliły się wszystkie kontrolki i radiowóz stanął. Policjanci przyznają więc, że zdarza im się na interwencję... chodzić. - Czasem wzywający nas człowiek musi kilka godzin czekać na policję - opowiadają.

Podinspektor Aldona Kostrzewa, zastępca komendanta wojewódzkiego, zapewnia, że nie słyszała o jeżdżeniu tramwajami na służbie ani wykorzystywaniu prywatnych samochodów przez policjantów. - Przyznaję, że stan radiowozów pozostawia wiele do życzenia. Jest szansa, że wkrótce po raz kolejny władze Łodzi pomogą nam i kupią kilkanaście aut.

Podziel się