Drzewa nie pachną

Od piątku w kinach nowy film Jana Jakuba Kolskiego "Jasminum". Nie wierzę w klasztor pachnących mnichów ani w alchemię miłości


W latach 90. Janowi Jakubowi Kolskiemu udała się rzecz niezwykła. Kino polskie poszukiwało wówczas nowego charakteru i nowego widza. Kolski zaczął uprawiać kino bez obciążeń, jakby od zera, po swojemu. W kolejnych filmach stworzył własny model świata, na pół realistycznego, na pół fantastycznego, wywiedzionego z dzieciństwa, trochę z baśni, a trochę z kina. Jego oryginalny styl kształtował się w "Pogrzebie kartofla" i "Pograbku". Po "Jańciu Wodniku" Kolski staje się niemal klasykiem samego siebie. W "Historii kina w Popielawach" daje mityczną genealogię własnego kina i sam pojawia się na ekranie jako reżyser-demiurg. Ale też od tego momentu jego twórczość załamuje się.

Skąd brał się entuzjazm wokół Kolskiego? Atrakcyjność jego kina wynikała z postawy wobec rzeczywistości.

W polskich filmach - z grubsza biorąc - zarówno historia, jak i współczesność są zwykle domeną klęski i niespełnienia. Kiedy pierwszy raz na festiwalu w Gdyni w 1993 roku zobaczyłem "Jańcia Wodnika", pomyślałem, że to kino naprawdę nowe, robione już po burzy, po walce, pozbawione pretensji do świata.

Nie jestem Fellinim

Świat u Kolskiego nie jest sielanką, ale jego filmy dawały widzowi luksus spojrzenia na życie z góry, pogodzenia się z niedoskonałością. O tym właśnie mówił najwybitniejszy z nich - "Jańcio Wodnik" - przypowieść o uzdrowicielu, który uwierzył w swoją boską siłę, a następnie, uniesiony pychą, utracił ją. Wejście w rolę Pana Boga doprowadza Jańcia do klęski, ale też do odkrycia prawdziwej boskiej siły działającej w naturze. W ten sposób dochodzimy do pogodzenia się ze światem, uznania jego sensowności i porządku, w którym mieści się dobro i zło, miłość i śmierć.

W niektórych filmach Kolskiego sens niebezpiecznie się gubił - nigdy nie mogłem dociec, o czym właściwie jest "Grający z talerza". Ale jednak zasadą tego kina było nie co innego, tylko poszukiwanie sensu.

W najnowszym z nich, "Jasminum", mnich Czeremcha (Krzysztof Pieczyński, podobny z sylwetki do reżysera) z imion czczonych świętych układa słowo SENS. Ale właśnie tego mi w filmie zabrakło. Zrealizowane po dłuższej przerwie i po rozminięciu się z Gombrowiczem w "Pornografii" "Jasminum" miało być powrotem reżysera do własnego świata i własnego stylu. I rzeczywiście, Kolski żongluje atrakcjami, jak tylko potrafi. Uderza we wszelkie klawisze naraz, nieustannie mrugając do nas i zdaje się mówić: "Pamiętaj, to tylko film! Mój film!".

Mamy więc klasztor zamieszkany przez mnichów dziwaków kryjący jakąś tajemnicę - prowincjonalny odpowiednik klasztoru z "Imienia róży" - do którego przyjeżdża ze swoją rezolutną córeczką pani konserwator (Grażyna Błęcka-Kolska). Mamy leżące nieopodal miasteczko Jaśminowo z nieczynnym kinem wystylizowane na swojski odpowiedniki sycylijskiego miasteczka z "Cinema Paradiso". Taśma, która pozostała w projektorze, to oczywiście "Amarcord" Felliniego, ulubiony film przeora (Adam Ferency). Nazwisko Felliniego powraca w dialogach jako synonim kina autorskiego, uwodzicielskiego - którym ma być z założenia także "Jasminum" - feeria, w której spotyka się mistyka i erotyka, klasztor i cyrk oraz alchemia: uzasadnione naukową teorią feromonów tworzenie uwodzicielskich zapachów gwarantujących miłosną wzajemność. Pachnący mnisi, lewitując lub robiąc pompki, za pomocą duchowo-cielesnej ekwilibrystyki dążą do osiągnięcia boskiego stanu.

Nieskuteczna alchemia

Natasza za pomocą swojej perfumowej alchemii pragnie odzyskać miłość jednego z nich, ale jej eksperyment sprawdza się jedynie na pewnej fryzjerce i Bogusławie Lindzie grającym w "Jasminum" niby-siebie, gwiazdora odwiedzającego rodzinne miasteczko. Mistyka, alchemia, kino. Umarli i żywi. Święci i zakochani. Ludzie i kaczki. Wszystko tutaj rymuje się tu ze wszystkim. Wszystko jest przeniknięte - z założenia, ale nie z efektu - franciszkańską miłością stworzenia. Jej uosobieniem jest brat Zdrówko, gburowaty kucharz klasztorny o złotym sercu (Janusz Gajos). To on i towarzysząca mu fenomenalna dziewczynka Eugenia - dziecięcy narrator tej opowieści uzasadniający wszelkie jej naiwności i nieprawdopodobieństwa - tak naprawdę tworzą ten film, nadają mu pozór komediowej lekkości i nonszalancji, na którą nabiera się widownia.

Kolski uwodzi widza tak, że ten przestaje zwracać uwagę na fabularne bezsensy. Dlaczego Gwiazdor nie pamięta, gdzie było kino w jego rodzinnym miasteczku? Dlaczego właściwie rzuca karierę dla fryzjerki, zamiast zabrać ją ze sobą do miasta? Dlaczego Natasza raz okazuje, że zna Gwiazdora, a raz zachowuje się, jakby widziała go po raz pierwszy? Dlaczego brat Czeremcha lewituje, skoro wiemy, że nie osiągnął świętości? Wreszcie, dlaczego mówi się, że braciszkowie "pachną jak drzewa owocowe" - przecież drzewo śliwy nie różni się zapachem od drzewa, skoro drewno nie pachnie owocami?

Dawno już nie byłem tak odporny na uwodzicielską siłę kina. Dziwne, nie uwiodła mnie nawet naśladująca Nino Rotę muzyka Zygmunta Koniecznego ani zdjęcia Krzysztofa Ptaka, które powodują, że niemal czuje się zapach klasztornego podwórza, kaczego pierza, bruku po deszczu. Nie uwierzyłem ani w ten klasztor, ani w to miasteczko, ani w alchemię zapachów, ani w demonstrowany przez Kolskiego talentyzm i rozanielenie.

A co najważniejsze, nie uwierzyłem w miłość. Jedyne, w co byłem w stanie uwierzyć, to chłód głównej bohaterki, sztywnej i drewnianej, pomimo uśmiechu. I w egoizm jej byłego narzeczonego. Czy warto było mydlić oczy widzowi, snuć marzenie, opowiadać całą tę bajdę o pachnących mnichach, aby w jednym z końcowych ujęć - niby mimochodem - dotknąć prawdy o braku miłości?

Miłość jest wtedy, kiedy się zapomina o sobie. Poezja jest wtedy, gdy nie ma poezjowania. Kino jest wtedy, kiedy skupia się na jakiejś osobie i rzeczy, a nie na samym sobie. "Jasminum" grzeszy nieskromnością. Tylko brat Zdrówko - daj mu Boże zdrowie - trzyma się tu ziemi i ma w sobie miłość, karmiąc zwierzątka, ludzi, a dopiero na końcu siebie.