Kompleks Konwickiego

Tadeusz Konwicki uparcie stawia Polakom lustro z lekka przekrzywione i chce, by w nim oglądali swój niezbyt apetyczny wizerunek. To potworny facet. Drąży polską świadomość, zdziera bandaże, obnaża rany zabliźniane podłością - po czym kreuje bohaterów, krzepi ducha, buduje nadzieję - pisze Adam Michnik
Tak, to prawda. Mam kompleks Tadeusza Konwickiego. Pisarza i człowieka. Być może z tego właśnie powodu nie jest on dla mnie ani pisarzem, ani człowiekiem. Jest zwierzoczłekoupiorem; jest moją dziurą w niebie; moją małą apokalipsą; moim wniebowstąpieniem. Tak, ja wiem - to mój grzech. Mówię bardziej po konwicku niż po polsku. Marzenia mam konwickie, a nie polskie. Płaczę po konwicku i po konwicku zalecam się do panienek. Dlatego nie powinienem pisać tego apologetycznego czytadła. Ale dlatego też nie mogę go nie napisać.

*

Tadeusz Konwicki jest wielkim pisarzem małego narodu. Jest wielkim świadkiem jego zmagań z własną małością. Pisał w "Kalendarzu i klepsydrze":

"Ciężko, z tragicznym mozołem ginie naród, jak umierający słoń. Nie, naród ginie jak tysiące umierających słoni. Człowiek pojedynczy umiera pięknie, naród zawsze w sposób odrażający.

Wśród wielu objawów pojawiają się także cuchnące wrzody faszyzmu. Naród nigdy nie wie, że zbliża się jego kres, więc myśli, że te wrzody to drobna niedomoga, która rychło minie. I rzeczywiście mija, bo jest tylko zwiastunem ostatecznej zagłady.

Na ciele przyduszonego do ściany narodu wybrzuszają się ohydne karbunkuły oszalałego, zdziczałego nacjonalizmu. Chory organizm, organizm skazany na unicestwienie szuka w ten sposób ratunku, pragnie z siebie wypuścić złą krew, chce w zawrotnej gorączce faszyzmu, chce w bydlęcej malignie nacjonalizmu przetrwać śmiertelny kryzys, którego jednak już nie zdoła przetrwać.

Taki faszyzm budzi odrazę, ale może też budzić współczucie. Taki faszyzm przypomina truciznę, która truje samą siebie, taki faszyzm przypomina ogień, który pożera sam siebie. Taki faszyzm sprawia, że inne narody przyjmują z ulgą wstrętną śmierć denata.

W wielkich narodach, które nie giną, gdyż żywią się padliną małych narodów, wezbrany faszyzm przerywa wielkie tamy i wylewa się na cały świat. U małych narodów gnilna ciecz ścieka w głąb organizmu, przyspieszając śmierć. Dla faszyzmu dużych narodów ludzie znajdują często wiele pięknych słów, dla faszyzmu niewielkiego narodu mają tylko słowa pogardy. To straszne widzieć naród umierający w konwulsjach faszyzmu".

Zastanawiał się:

"We wszystkich dyskusjach politycznych, a może tylko prestiżowych, które wiodą ze sobą narody europejskie, w użyciu są najczęściej blotki, rzadko kiedy drobniejsze figury. My walimy od razu na stół tuzy i atuty. My już nie mamy innych kart w ręku. Więc nasze asy i kozyry zaczęły się dewaluować, coraz szybciej tracić wolność. Doszło do tego, że ten czy ów partner podgina naszą kartę i sprawdza, czy nie fałszowana.

Ale inaczej być nie mogło. Ubodzy leżący pod kościołem świętości ludzkich powinni głośno krzyczeć, żeby zwrócić na siebie uwagę możnych. Nasza emfaza, której zrazu potrzebowaliśmy w chwilach krytycznych, powoli weszła w codzienne przyzwyczajenie. Na co dzień staliśmy się odświętni. Na co dzień ogarnęła nas gorączka. Na co dzień emanujemy polską polskością.

Włoch wariuje w erotyce, Francuz szaleje w kulinariach, Niemiec w bawarskim piwie i posępnej precyzji. A my biesimy się w polskości. W słodkiej podniebnej polskości, która jest szatą królewską i torbą żebraczą. Olejem świętym i stygmatem przekleństwa".

*

O Konwickim pisać trudno, właściwie nie sposób. Konwicki jest cząstką polskości tak trwałą i nieusuwalną jak serce jest fragmentem ludzkiego ciała. Konwicki jest przekleństwem Polaków i ich błogosławieństwem, jest prorokiem polskich przeznaczeń. Pisał w 1981 roku:

"Korci, korci mnie i mimo strachu zapiszę jednak te bluźniercze majaki zgniłego inteligenta znad Wisły. Otóż Polska nigdy nie wydostanie się z tej rosyjskiej klatki w pojedynczym epizodzie, wyizolowanym incydencie historycznym, w autonomicznym przypadku czy wypadku. Nie wypełznie spod tej mongolsko-słowiańskiej kłody, tak jak to sobie wyobrażają naiwni kawiarniani politycy. Że tu, raptem ciach i, dobrodzieju, już jesteśmy wolni.

Polska odzyska swobodę tylko wtedy, kiedy rozpadnie się Imperium Radzieckie. Nie dość, Polska, między innymi, przyczyni się do śmierci tego potwora.

Już się zaczęło. Spowodowaliśmy śmiertelną obstrukcję we wnętrzu tego gigantycznego nosorożca. Jeszcze ryczy, jeszcze kopie ziemię pod sobą, jeszcze sroży się, zapędzając małych i słabych w mysie nory. Ale już ma czterdzieści stopni gorączki, już krew krąży byle jak pod żelazną skórą, już kał skamieniał w grubym jelicie. Jeszcze trochę i potwór obali się na ziemię. Będzie wierzgał nogami pięć, sześć lat, będzie bił głową o skały i kamienie, będzie pluł ogniem i siarką, lecz my, te drobnoustroje, co sprawiły śmiertelne zakażenie dinozaurowego organizmu, my już będziemy wiedzieli, co to znaczy. I zacznie się rozpadać ten piekielny, zionący śmiercią gigantyczny monolit na drobne, zdrowe, pełne życia substancje wolnych społeczeństw, swobodnych narodów, niezawisłych grup etnicznych.

Miejcie cierpliwość. Poczekajcie pięć, dziesięć lat. Kolos rozpoczął agonię. Agonia kolosa musi być kolosalna. Rozpadną się miasta i zatoną w oceanach wyspy. Ale my przetrwamy w bąblu powietrza między pośladkami potwora. Poczekajmy, pięć, dziesięć, najwyżej sto lat".

*

Poczekaliśmy. Doczekaliśmy się. Razem z Konwickim. Jaki on teraz jest?

"Nie zachwyca to wcielenie, nie w smak mu te histeryczne zaszczyty i dwuznaczne hołdy z zamaskowaną w środku pogróżką. Wściekły, groźny Żmudzin toczy nieprzychylnym okiem po nachałach, prawdziwy diabeł znad Niewiaży".

Nie, to nie ja napisałem o Konwickim. To Konwicki napisał o Miłoszu. Przepraszam za plagiat.

*

Każdy z nas ma swoją wizję tego Konwickiego pisarstwa. Napisano już o nim książki i dysertacje. Napisano już wszystko co mądre. I nic już nie sposób dorzucić. Piszę przeto na marginesie tego, co zostało napisane. Bo cóż mogę napisać mądrego o pisarzu, który napisał o sobie w 1980 roku:

"Byłem łotrem, ale chyba nie na tyle okazałym, żeby teraz pchać się do pierwszych szeregów. Pamiętajcie, moi drodzy demaskatorzy, że o tym dumnym mianie stalinisty, którym współcześnie pomiatacie, mogłem kiedyś jedynie marzyć w bezsenne noce. Jako akowcowi zabronione mi było uczestnictwo w tajnych konwentyklach, jako strefionemu niemożliwe było dla mnie przystąpienie do partyjnych ołtarzy, jako grzesznikowi na zawsze odjęta była mi rozkosz nazywania się imieniem wodza".

*

Tadziu przechwala się. Nie był żadnym łotrem. Był zawsze tym samym honorowym, upartym, choć trochę nieporadnym uczestnikiem konspiracyjnych kompletów i partyzanckiego oddziału, gdzie myśl o honorze wyprzedzała myśl o sensie. Był z pokolenia klęski, z generacji przegranych.

Opisał to w powieści "Rojsty", najuczciwszej relacji z dziejów absurdu polskiego honoru, z dziejów honoru polskiego absurdu. Ta powieść była najpierw skonfiskowana, potem beatyfikowana, wreszcie zbezczeszczona. Przez kolegę z partyzanckiego oddziału.

Ów kolega to jest historyk z cenzusem, autor prac tak ostentacyjnie antykomunistycznych, że tytuły mówią same za siebie: "Pieniądz kruszcowy w Polsce wczesnośredniowiecznej" (1960), "Pradzieje grosza" (1975), "Moneta w kulturze wieków średnich" (1988), ktoś, kto nie był znany z żadnych działań opozycyjnych; otóż ten właśnie heros i nestor polskiego antykomunizmu postanowił, po upływie 50 lat spędzonych w głębokiej konspiracji w Instytucie Historii PAN, zdemaskować Konwickiego. Napisał o nim, że "nie wyróżniał się bojowością - chociaż w sytuacjach krytycznych nie nawalał - ani też nie przejawiał szczególnych skłonności do podbojów miłosnych, o których potem tyle pisywał. Miał zresztą wtedy osiemnaście lat, więc może jeszcze nie interesował się tym tak bardzo". I tak dalej - same świństwa o Konwickim. Głupia sprawa! Jako profesjonalny antykomunista, choć skażony niewątpliwie sklerozą, nie umiem przypomnieć sobie prof. K. wśród naszych kolegów i obrońców, na zebraniach Towarzystwa Kursów Naukowych, na korytarzach sądowych, wśród sygnatariuszy listów w obronie praw człowieka i ludzi uciemiężonych. Za to Konwickiego zapamiętałem. Jego książki i jego gesty; jego odwagę i poświęcenie. Ale także jego zmysł mądrej autoironii, który nakazywał zawsze odróżniać patriotę od zakompleksionego zawistnika, który własny strach racjonalizuje poprzez deprecjonowanie cudzej odwagi.

*

Konwicki to mój guru. Kolumb, wygnaniec z Wileńszczyzny, miłujący pokój partyzant z AK, który wpędzał nas w kompleksy, "pryszczaty" rewizjonista, dysydent. Człowiek o tak potrzaskanej biografii jak potrzaskane są polskie życiorysy. Człowiek o brutalnej samoświadomości, który napisał:

"Na rozum mocną nogą byłem już tam, ale tym, co się czasem nazywa duszą, skradałem się ciągle z powrotem. Rozum w miłosnym uścisku z logiką popędzały brutalnie przed siebie; nocą śród koszmarnych wyrzutów sumienia pełzałem z powrotem. Oprócz wielu innych dokuczliwych kolców był ten najboleśniejszy: lojalność. Lojalność była pierwszym bogiem mego pokolenia. Uczyliśmy się jej z pierwszymi słówkami łacińskimi, z pierwszą emocją polowania na grubego zwierza, z pierwszym warem nieznanego dotąd pożądania. Najtrudniej było złamać tabu lojalności.

Więc samobójcze wyrachowanie rozkazało jednego dnia palić za sobą mosty, żeby nie było powrotu. No i zacząłem palić".

*

Palił, palił, aż spalił. Wszystkie kłamstwa spłonęły. Zanotował:

"Ja do tej partii należałem prawie piętnaście lat. Wciągnęli mnie do niej koledzy jak do karczmy albo do zamtuza. Wpadłem w złe towarzystwo, źli koledzy mnie, porządnego chłopaka spod Wilna, namówili do partii jak do fatalnego nałogu. Popadłem w złe towarzystwo, towarzystwo podstawowej organizacji, i moja rodzina, moi krewni i moja matka, wszyscy bardzo się martwili, że Tadzio zeszedł na psy.

Ja tej partii siedziałem w krtani niczym kasztan nie odarty z zielonej, kolczastej łupiny. Tkwiłem kolczasty, zadziorny, jadzący zewnętrznością, nie do przełknięcia. Ale wnętrzem swoim, tym co w środku nie obłupione, byłem supergorliwy i nadzaangażowany. W środku wazelina, na zewnątrz glanspapier. Zupełnie na odwrót niż powinno być według receptury technologicznej procesu deprawacji moralnej i światopoglądowej.

Szydzą ze mnie młodzi poeci i niestarzy prozaicy. Wytykają palcami, pukają się w czoło, ten i ów splunie soczyście. Młodzi poeci, młodzi epicy i młodzi zoile. Przed wami jeszcze całe życie. Przed wami jeszcze losy i życiorysy Kościuszków, Łukasińskich, Grotów-Roweckich. Przed wami jeszcze przeznaczenia i żywoty Ksawerych Branickich, Azefów i Kalksteinów".

*

Przed wami jeszcze losy i życiorysy Kościuszków, Łukasińskich, Grotów-Roweckich.

Bohaterem jego różnych powieści był wciąż ten sam człowiek, który po strasznym ciosie utracił pamięć. Jak cała generacja AK-owska. Dlatego na zawsze stał się cudzoziemcem wśród swoich. To dawało mu widzenie ostre i przenikliwe. Patrzył na swój naród z miłością zacietrzewioną i lodowatym chłodem. Znał prawdę o Polsce i Polakach. Wiedział, że jest dziedzicem Wielkiego Księstwa Litewskiego w zgrzebnym PRL-u, wiedział, że jego misją jest odzyskiwanie i scalanie pamięci o świecie minionym, który był absurdalnym anachronizmem, ale znał najbardziej współczesne z polskich pojęć - pojęcie honoru.

*

Zawsze miał poczucie winy, które jest kluczem do pojęcia ludzkiej przyzwoitości. Przecież łobuzy nie znają poczucia winy. A ten cholerny Konwicki czuł się winny za wszystko: za rozbiory i zdrady, za przeszłość i teraźniejszość, także za cudzą, moją, twoją nędzę duchową. Jego pisarstwo było tego wszystkiego odkupieniem.

Kochał zawsze Polskę miłością śmiertelną i grzeszną. Była to miłość prawdziwa - czyli bez złudzeń. Pisał:

"Zaczadziliśmy się straszliwym, konwulsyjnym mesjanizmem, który mógł powstać jak upiór z ruin zawalonych miast, z wielkich pobojowisk, na których gniły miliony dwunożnych kręgowców, z cuchnących cmentarzysk umarłych idei, wartości moralnych i odwiecznych przyzwyczajeń".

Tak pisał on, racjonalista, zakochany w zdrowym rozsądku:

"Uwielbiałem kiedyś racjonalizm i kochałem zdrowy rozsądek. Ale teraz uwielbiam i kocham trochę mniej. Zdrowy rozsądek to współczesna głupota.

Wszyscy reakcjoniści, tępacy, konformiści, zdrajcy rozwinęli nad sobą spłowiały sztandar zdrowego rozsądku. Zdrowy rozsądek na starość służy dwuznacznym intencjom i niewyraźnym celom. Zdrowy rozsądek to bielmo na oczach. Zdrowy rozsądek to ołowiana kula u nogi. Zdrowy rozsądek to niemoc wyobraźni.

Chory świat zerwał pęta zdrowego rozsądku".

*

Co to znaczy - chory świat?

"Rojsty", "Kompleks polski", "Bohiń" - to wszystko jest chorym światem. Świat - tak naprawdę - nigdy nie był zdrowy. W tym świecie zawsze tchórzostwo wypierało odwagę, apostazja - wierność, fałsz - prawdę. Dlatego nie znosił pseudoprawd przy pseudorozrachunkach.

"A nasz pieszczoch - pisał - snuje myśli głębsze i płytsze o tym, jak pracował i jak musiał pracować w minionym okresie. Mówił półprawdy, bo prawdy nie dał powiedzieć reżym. Miał do wyboru przemilczać całe obszary prawdy albo milczeć w ogóle. Biorąc pod uwagę swój talent i znaczenie tego talentu dla społeczeństwa polskiego, zdecydował się na obecność w ubogiej sztuce polskiej za cenę mówienia półprawd.

A żesz ty w półprawdę kopany. Zapomniałeś już o pewnym dziewiętnastowiecznym oficerze Walerianie Łukasińskim, który nie wiedział, że można kochać i czcić własne talenty, że należy uszczęśliwiać społeczeństwo swoją uroczystą obecnością, że przystoi w swoim interesie widzieć interes narodu. O tym naiwniaku, który dał się zamknąć w Szlisselburgu na sześćdziesiąt lat. O tym upiorze szlachetnego nieprzejednania, który straszył Rosjan przez pół wieku w kazamatach stolicy barbarzyńskiego imperium.

Kiedyś upartym prowincjonalnym Polakom ucinano głowy, dziś luksusowym europejskim Polaczkom wycinają aluzje".

*

To potworny facet. Drąży polską świadomość, zdziera bandaże, obnaża rany zabliźniane podłością - po czym kreuje bohaterów, krzepi ducha, buduje nadzieję. A w końcu preparuje przewrotną apoteozę. Traugutt - dyktator bez wojska, rycerz przegranej sprawy, carski oficer stracony jako przestępca na stokach Cytadeli - oto model polskości, do której Konwicki uparcie powracał "w tych kiepskich momentach, kiedy wszystko się wali, nie ma już nadziei i tylko goła, bezwstydna śmierć przed nami".

Konwicki uparcie stawia Polakom lustro z lekka przekrzywione i chce, by w nim oglądali swój niezbyt apetyczny wizerunek. W "Małej apokalipsie" sporządził karykaturę opozycji demokratycznej. Była to karykatura brutalna, jadowita, złośliwa. A przecież miała moc terapeutyczną. Niejednego z nas przestrzegła skutecznie przed fanatyzmem, który rodzi się ze szlachetności prześladowanych, i przed triumfalizmem, który bywa dzieckiem zwycięskich rewolucji. Każdy z nas wiedział bowiem, że Konwicki "gryzie sercem", że ten prorok polskich przeznaczeń dokonał aktu samospalenia swą książką, która była wyzwaniem ciśniętym w twarz sowieckiemu imperium i naszym domorosłym namiestnikom Moskwy. Przyjmowaliśmy przeto jego krytykę z całą pokorą, której odmawialiśmy sobie i światu, słuchając innych krytycznych głosów. Nawet naszych własnych.

A przecież w tej "Małej apokalipsie", która nas rozwścieczyła i uwiodła, Konwicki przeczuł naszą drugą twarz, inne oblicze opozycji demokratycznej, które sami spostrzegliśmy po kilkunastu latach: "Demagogia. Licytowanie się w nadgorliwości patriotycznej. Koniunkturalny wrzask".

*

Wrzask. Teraz będzie coś dla lustratorów i moralistów ostatniej godziny. Tadeusz Konwicki był "czerwony". Tak, tak. Ten autor najodważniejszych książek antysowieckich pisanych tu, w kraju i pod nazwiskiem, był kiedyś członkiem PZPR i autorem książek wychwalających komunizm. Pisał o tym po latach, rozliczając się z odwagą rzadko spotykaną w naszym piśmiennictwie.

Należę do generacji, która może dziękować Panu Bogu za łaskę późnego urodzenia. Nas już nic nie kusiło, żeby wstępować w szeregi rządzącej partii komunistycznej. Nas już wszystko odpychało od tego siedliska intryg, dworu i przywilejów, elity władzy, kłamstwa i obrzydliwego oportunizmu. Nas już nie urzekało nic z tej mistyki internacjonalizmu, ludowładztwa i sprawiedliwości społecznej. Nas już tylko mdliło na sam widok tych portretów, sztandarów, sloganów.

No i co? Czy przez to byliśmy lepsi? Czy to nam daje tytuł do wymądrzania się, do wynoszenia się nad innych, do pobłażliwych uśmiechów? Przyznam, że brzydzą mnie, śmieszą i żenują te rytualne obrzędy demaskacji dokonywane nad książkami naszych najświetniejszych pisarzy. Przecież to doświadczenie całej generacji. Brandys i Ważyk, Tuwim i Broniewski, Gałczyński i Jastrun, Kołakowski i Kieniewicz, i Szacki, Kersten i Holzer, Konwicki, Dygat, Woroszylski i Bocheński - i tak dalej. Można cytować w nieskończoność. Na tej liście znajdzie się również niejedno z nazwisk dzisiejszych demaskatorów, którzy mają dar krótkiej pamięci własnych życiorysów.

Przeto myślę sobie, że dobrze jest z tych cudzych życiorysów uczyć się, miast z fanatycznym błyskiem w oku i pasją oficera śledczego obdzierać ze skóry ludzi, którzy udowodnili swą prawość i odwagę w czasach, kiedy dławił strach, a beznadziejność odbierała sens czemukolwiek. Wtedy właśnie Konwicki pisał:

"Żarzymy się jak bateryjne żarówki albo jak robaczki świętojańskie. Oświetlani własnym wątłym blaskiem pocieszamy się, że to piękny, słoneczny dzień, który przynosi dobre nowiny. A tu tymczasem noc. Noc, choć oko wykol. Noc pełna strasznych ruchów tektonicznych, pełna zgiełku i raptownych przemieszczeń, pełna dzikich bójek, rozpaczliwych wrzasków i niezrozumiałych wysiłków. Noc dzika jak żydowski Sądny Dzień. Noc okrutna jak chrześcijański Sąd Ostateczny. Noc najstraszniejsza, bo na pewno nie ostatnia. A kiedy się rozwidni, a kiedy wzejdzie słońce, może jakieś inne, ale na pewno słońce, diabli wiedzą, co zobaczymy i czy my właśnie zdążymy zobaczyć".

Zobaczyliśmy. Także dzięki Konwickiemu.

*

"Uwolniliśmy się z wszystkich zakazów, gróźb i kar. Zdeptaliśmy wszystkie tabu. Skruszyliśmy na pył wszystkie budowle praw oraz przyzwyczajeń społecznych. Jesteśmy wolni. I rozpoczynamy nową niewolę. Wydostawszy się z więzienia, które sami sobie zbudowaliśmy, jesteśmy w nowym więzieniu, ani większym, ani lepszym od poprzedniego. Po prostu znaleźliśmy się w więzieniu identycznym. W więzieniu przez nas samych machinalnie zbudowanym. Bo cokolwiek byśmy zamierzyli stworzyć, zawsze stworzymy więzienie.

A górą na dziennych obłokach przyżegluje dobry Bóg, na nocnych, czarnych chmurach zwątpienia podpłynie cicho zły szatan.

Wraca ośmieszony diabeł jakby jeszcze trochę wspanialszy, groźniejszy i bardziej kompetentny. Rzucimy mu się do stóp z zajadłą nienawiścią, ale z pokornym lękiem. Wszystkie zdobycze naszych cudownych rozmów ludzkich obrócimy na chwałę Boga i szatana".

*

To Konwicki nauczył nas bić głową w twardy mur historii. To ten święty cwaniak z Kolonii Wileńskiej pokazał, jak spluwać z wyższościową pogardą na brutalność namiestników ziemskich potęg, by zaraz potem ironicznie drwić z własnego heroizmu. Bowiem on wiedział, że heroizm niezdolny do drwiny z samego siebie staje się szkaradnym zarozumialstwem, marnym samochwalstwem, niebezpieczną arogancją samodurów. I wiedział, w jakim świecie żyje. Pisał:

"Karta praw człowieka, socjalizm o ludzkim obliczu, racja stanu, walka z cenzurą, łaknienie demokracji, polskie tradycje tolerancji, równość i braterstwo, niezawisłość i samorządność, miłuj bliźniego, Komunia Święta, Polacy, kochajmy się, nauki Marksa, chóralne śpiewy i zbiorowe łzy, a pod spodem straszne zdziczenie, potworna ruja zwierzęcości, padaczka pourazowa ofiar edukacji rosyjsko-sowieckiej.

Kiedy ten naród uśmiechnie się z ulgą, kiedy wyciągnie przyjaźnie rękę, kiedy odetchnie w miarę czystym powietrzem Europy?".

*

Kiedy uśmiechniemy się? Tak całą gębą to pewno nigdy. Będziemy żyć wspomnieniami, rozliczać się do upadłego. Będziemy ranić siebie i bliźnich, popadać w histerię i melancholię, szukać uparcie źdźbła w oku bliźniego i ukrywać belkę we własnym oku. I tylko w antrakcie między jedną i drugą karczemną bijatyką sięgniemy po książki Konwickiego, by przeczytać raz jeszcze piękne polskie klechdy i wspomnieć, czym była "dawnych Polaków duma i szlachetność".

A przecież jego przepis na Polskę jest tak prosty! "Moim programem jest współczucie, moim programem jest współistnienie w waszych wielkościach i nędzach, w waszej pysze i waszych przerażeniach, w waszych poetycznościach i bydlęcych bólach. Moim programem jest takie współczucie, żeby to było współczucie samo w sobie, nawet beze mnie. Dlatego skrywam się za słowa i nie ma mnie z wyrazistą twarzą, ze zwyczajami oryginała, z jaskrawą biografią, z bibelotami, epistołami, bon motami, z całą kupą śmiecia naturalistycznego, jakie zostawia po sobie człowiek. Dlatego jestem współczuciem, współrozumieniem i współmęką bez imienia i bez nazwiska, bez osoby, bez adresu. Współczuciem od ludzi do ludzi, od nieba do ziemi, od mgnienia do mgnienia.

A celem mojej terapii ma być otucha. Otucha to dobra rzecz. Jak się przejedzą obiecywane raje - miło przytulić się do ciepłej, kojącej i bardzo ludzkiej otuchy?".

*

Pamiętajcie: "Każdemu może przydarzyć się wypadek długiego życia. A w naszych czasach i w naszej strefie klimatycznej niezwykle trudno jest długo żyć. Bardzo ciężko jest zaliczyć efektowną liczbę dziesiątków lat i nie zbrzydnąć paskudnie, nie zgłupieć zaraziwszy się głupotą, nie rozgadać, się wierszem albo prozą w kiepskiej intencji, nie utytłać się w rowach przydrożnych, nie zramoleć w prowincjonalnym, sytym zapyzieniu. Już dziś mi ciarki przechodzą po grzbiecie, gdy myślę, co będzie za mną za pięć, dziesięć, a może - nie daj Bóg - za piętnaście lat". Ale póki jest Tadeusz Konwicki, mamy kogo podglądać i naśladować.

*

Tak, tak. Kancer-szmancer - Tadziu. Bylebyśmy tylko zdrowi byli, jak mawiał pewien stary Żyd.