Tuż przed nominacją płk. Biegalskiego, 16 lutego po południu, z odpowiedzialnym za więziennictwo wiceministrem Grzelakiem spotkał się Jan Stec - wiceprzewodniczący Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego Funkcjonariuszy i Pracowników Więziennictwa. Poinformował, że Biegalski "jest nie do przyjęcia".
- Powiedziałem, że miał w przeszłości sprawę karną, która została prawdopodobnie zatuszowana - opowiada Stec. - Miałem na myśli stłumienie buntu więźniów politycznych w stanie wojennym w gdańskim areszcie przy ul. Kurkowej. Biegalski był objęty śledztwem w sprawie tych wydarzeń. Nie zdążyłem wejść w szczegóły, bo wiceminister nie chciał słuchać.
- To pan Stec nie potrafił albo nie chciał podać konkretów, choć naciskałem - oponuje Grzelak. - Rozmowę ze związkowcem zrelacjonowałem ministrowi Zbigniewowi Ziobro. Powiedziałem, że związkowcy ostrzegają przed nominacją, ale nie podają szczegółowych zarzutów.
Stec: - Wyraźnie zaproponowałem, że szczegóły przekażę na piśmie w ciągu czterech godzin. Wiceminister nie był zainteresowany.
Grzelak: - Nie miałem czasu, by czekać. W aktach personalnych pana Biegalskiego nie było śladu kontrowersji, a jeszcze tego dnia premier musiał podpisać nominację.
Bronisław Ogonek-Obierzyński, szef związkowców ze służby więziennej: - Chcieliśmy informować ministerstwo, bo podejrzewaliśmy, że sprawę i tak wyciągną media. Pacyfikacja gdańskiego aresztu jest powszechnie znana wśród starszych funkcjonariuszy. Jeżeli wiceminister twierdzi, że nie ma po niej śladu w aktach Biegalskiego, to znaczy, że ktoś akta wyczyścił.
Biegalski od kilku dni powtarza, że choć w lipcu 1982 r. był naczelnikiem aresztu przy Kurkowej, to nie odpowiada za skatowanie kilkudziesięciu opozycjonistów, którzy szykowali tam protest głodowy.
Dotarliśmy do akt wspomnianego przez Steca śledztwa. Zostało wszczęte jeszcze w 1982 r. po skardze złożonej przez dwóch pobitych więźniów.
W uzasadnieniu decyzji o umorzeniu Prokuratura Marynarki Wojennej w Gdyni stwierdza, że "grupa interwencyjna otrzymała polecenie Naczelnika Aresztu Śledczego używania środków przymusu bezpośredniego w postaci pałek gumowych w celu zaprowadzenia porządku".
Wydanie takiego polecenia potwierdzili w zeznaniach członkowie tzw. atandy, czyli bijący więźniów funkcjonariusze. Sam Biegalski przyznał prokuratorowi, że zezwolił atandzie na "użycie środków przymusu bezpośredniego", które "miało nastąpić tylko zgodnie z przepisami".
Jak było faktycznie, opowiada najmłodszy z pobitych więźniów, 18-letni wówczas Mariusz Kulis. Chłopaka, siedzącego za udział w trzeciomajowym wiecu, klawisze usiłowali zmusić do zjedzenia zupy: - Gdy odmówiłem, kazali się rozebrać. Oblali mnie zupą, a później zaczęło się pałowanie i kopanie. Do utraty przytomności. I znowu częstowanie zupą. Byłem tak zmaltretowany, że jak mi podali talerz, to nie byłem w stanie utrzymać go w rękach. Od razów po pałkach byłem czarny. Na ciele nie było żadnego białego miejsca.
- To była, nawet jak na stan wojenny, wyjątkowo brutalna pacyfikacja, po raz pierwszy wobec politycznych przyjęto formułę sprawdzoną wcześniej na więźniach kryminalnych, czyli bicie. Biegalski musiał o wszystkim wiedzieć - mówi marszałek Senatu Bogdan Borusewicz, legenda gdańskiego podziemia. Sam miał okazję zapoznać się z metodami na Kurkowej. W 1986 r. został pobity w gabinecie Biegalskiego. - Pobili mnie strażnicy w obecności zastępcy naczelnika - wspomina.