Po co PiS narodowy ośrodek prześwietlania mediów?

23.02.2006 00:00
Prezes PiS Jarosław Kaczyński zapowiada kontrolowanie mediów: sprawdzanie, skąd mają pieniądze, kim są dziennikarze, skąd się wywodzą, z kim są powiązani. Temu ma służyć Narodowy Ośrodek Monitorowania Mediów, którego powołanie przewiduje pakt stabilizacyjny. Co na to redaktorzy naczelni?
Jarosław Kaczyński w poniedziałek na konferencji prasowej w Katowicach mówił, że Ośrodek ma się zajmować: "m.in. badaniem zaplecza finansowego mediów. Ludzie mają prawo wiedzieć, jakie są powiązania, jakie były życiorysy dziennikarzy, skąd się wywodzą. To jest taka sama wiedza jak wiedza o politykach. Dziennikarze są bardzo ważną częścią życia publicznego i powinni być opinii publicznej znani".

Czy to groźna deklaracja? Czy media mają się czego obawiać? - te pytania zadaliśmy kilku redaktorom naczelnym

Jerzy Baczyński, naczelny"Polityki"

Pomysł jest prosty: jeśli media monitorują władzę, to dlaczego władza nie miałaby monitorować mediów.

Warto Jarosławowi Kaczyńskiemu przypomnieć, że jedną z zasad funkcjonowania społeczeństwa demokratycznego i państwa prawa jest zasada wolnego wstępu na rynek prasowy i do zawodu dziennikarza. Każdy, kto spełni określone prawem warunki, ma prawo wydawać gazetę i być zatrudnionym jako dziennikarz. Pluralizm, różnorodność i konkurencyjność mediów jest niezłym mechanizmem samokontroli świata mediów; surowym kontrolerem są odbiorcy; mamy także kontrolę ze strony niezależnych sądów. Politykom i administracji państwowej nic do tego, co dzieje się w prywatnych mediach, jeśli działają zgodnie z prawem.

Jeśli Jarosław Kaczyński chciałby rzeczywiście poddać media i dziennikarzy państwowej kontroli (kontraktów handlowych, finansów, biografii etc.), to musiałby zmienić prawo, zapewne poza granice dopuszczone konstytucją. We wszystkich demokratycznych krajach politycy jakoś muszą żyć z tym ekscesem liberalizmu, jakim są wolne media.

To prawda, że dziennikarze są bardzo ważną częścią życia publicznego. Ale tak samo ważni są nauczyciele, którzy nas wychowują, lekarze, którzy czuwają nad naszym życiem, czy prezesi banków, którzy opiekują się naszymi pieniędzmi. Ich też trzeba objąć "monitoringiem"?

Wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego mieści się w PiS-owskim klimacie podejrzeń, insynuacji i szukania ukrytych powiązań.

Próba wcielenia w życie tych zapowiedzi w cywilizowanym świecie zostałaby odebrana jako odwrót od wolności słowa.

Narodowy Ośrodek Monitorowania Mediów, tak jak go opisuje Jarosław Kaczyński, byłby w istocie partyjnym ośrodkiem insynuacji i szantażowania mediów. Tak rozumiem tkwiący tu pod powierzchnią pomysł zbierania niedostępnych danych o wydawcach i dziennikarzach, o ich życiu prywatnym, finansach, rodzinach. To ma dość oczywiste przesłanie: chodzi o zbieranie haków na "wrogie" media.

Jeśli za tymi słowami pójdą czyny, to czeka nas poważna konfrontacja z władzą.

Tomasz Wróblewski, redaktor naczelny "Newsweek Polska"

Żądanie badania zaplecza finansowego mediów wydaje się co najmniej dziwne. W przypadku takich wydawców jak Axel Springer (wydawca "Newsweek Polska") czy Agora są to sprawy jawne i łatwo dostępne. Ich uzyskanie nie wymaga specjalnego zaangażowania rządu i powoływania nowej instytucji.

Również prześwietlanie dziennikarskich życiorysów nie powinno być sprawą instytucji państwowych. Każda redakcja sama dba o swój wizerunek, życiorysy dziennikarzy są znane pracodawcom. Nie ma żadnej potrzeby, by badało je państwo. Jeżeli dziennikarz popełni przestępstwo, to powinien być ścigany przez prokuraturę.

Wypowiedź prezesa PiS tworzy niepotrzebną atmosferę podejrzeń. W praktyce z tych zapowiedzi nic nie wyjdzie.

Stanisław Janecki, wicenaczelny "Wprost"

Życiorysy dziennikarzy nie są jakoś specjalnie utajnione. Dziwne, że Jarosław Kaczyński tak się nimi interesuje. W tym, co mówi, zawarta jest sugestia, że w mediach pracują ludzie związani ze światem przestępczym i niejasnymi układami. Przekazanie opinii publicznej takiej sugestii jest właściwym celem tej wypowiedzi, to przejaw dążenia polityków do kontrolowania mediów.

Nazwanie Ośrodka Monitorowania Mediów instytucją "Narodową" jest dużym nadużyciem. To tak jakby cały naród zainteresowany był tym, jak niezależne media piszą o politykach.

Robert Kozyra, prezes Radia Zet

Jeśli chodzi o badanie zaplecza finansowego mediów, to w przypadku stacji radiowych i telewizyjnych jest ono przebadane. Struktura właścicielska i źródła finansowania są znane Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji przed wydaniem koncesji, a potem rekoncesji. Co roku składamy na ręce KRRiT obszerne sprawozdania.

Natomiast giełdowe spółki medialne są od strony finansowej dokładnie prześwietlone: wiadomo, kto za nimi stoi. Nie do końca więc wiem, co prezes PiS miał na myśli, zapowiadając, że NOMM zajmie się zapleczem finansowym mediów.

Nie rozumiem też parareli między światem politycznym a dziennikarskim. Ja wcale nie wiem wszystkiego o politykach. Nie wiem, co robią politycy PiS, PO czy SLD w Elblągu czy w Zielonej Górze.

Jeśli zaś chodzi o lustrowanie przeszłości, to oświadczenia lustracyjne składają tylko najwyżsi urzędnicy w państwie. Gdyby PiS chciał gruntownie prześwietlić wszystkich dziennikarzy i polityków, musiałoby to dotyczyć kilkuset tysięcy osób. Wątpię, czy wtedy dałoby się zweryfikować prawdziwość ich oświadczeń.

Jestem ciekaw, czy lustracja dotyczyłaby wszystkich, bez względu na ich wiek. Bo np. większość naszych dziennikarzy była w podstawówce, kiedy SB werbowała tajnych współpracowników.

Skomentuj:
Po co PiS narodowy ośrodek prześwietlania mediów?
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Najnowsze informacje