Dlaczego Jerzy Lejk został szefem metra?

Lech Kaczyński (PiS) jako prezydent Warszawy ostro skrytykował i renegocjował z sukcesem umowę z firmą WaPark obsługującą stołeczne parkomaty. Teraz urzędnicy Kaczyńskiego awansowali na stanowisko szefa stołecznego metra jednego z patronów niekorzystnego kontraktu z WaParkiem
Tylko 30 proc. wpływów z płatnego parkowania wpływało do kasy miasta. Rozwiązanie tej umowy i wynegocjowanie korzystniejszych warunków Lech Kaczyński reklamował jako jeden ze swoich największych sukcesów.

Mimo to Mirosław Kochalski, sekretarz miasta wyznaczony przez Lecha Kaczyńskiego do tymczasowego rządzenia Warszawą, zaakceptował kandydaturę Jerzego Lejka na szefa metra, choć to on nadzorował przetarg, który w 1998 r. wygrała firma WaPark.

Jerzy Lejk (51 lat) to jedna z czołowych postaci "układu warszawskiego", czyli niesławnej samorządowej koalicji SLD-UW (potem SLD-PO) rządzącej stolicą do 2002 r. Ma 51 lat. Większość swojego życia przepracował jako urzędnik. Karierę zaczynał w wydziale komunikacji urzędu miasta. W 1986 r. został jego dyrektorem.

W 1994 r. władzę w Warszawie brała koalicja SLD-UW. Dzięki rekomendacji Sojuszu Lejk został wiceprezydentem odpowiedzialnym za drogi i transport.

Przez przeszło cztery lata rządów często gościł na pierwszych stronach warszawskich gazet. To właśnie on kazał wbijać w chodniki zielone słupki uniemożliwiające parkowanie. Podobne stosuje się na całym świecie, ale te w Warszawie szybko zaczęły rdzewieć. Gdy radni przyjrzeli się umowie z wykonawcą, okazało się, że miasto nie ma gwarancji i musiałoby płacić za ich wymianę. Od tego momentu warszawscy kierowcy nazywali Jerzego Lejka "słupnikiem".

Największym skandalem zakończył się rozstrzygnięty w 1998 r. przetarg na system płatnego parkowania. Wbrew ekspertyzom grupa radnych SLD maksymalne noty w poszczególnych kategoriach przyznawała firmie WaPark, zapewniając jej zwycięstwo. Mimo że wiarygodność tej firmy była wątpliwa: kapitał założycielski wynosił 15 tys. zł, zaś biuro mieściło się w pokoju hotelowym.

Za to wszystko odpowiadał Jerzy Lejk. W komisji przetargowej zasiadał podlegający mu wiceszef Zarządu Dróg Miejskich, a decydującą rolę odegrali radni Sojuszu, czyli zaplecze polityczne byłego wiceprezydenta.

W 1999 r. SLD przechodzi w Warszawie do opozycji. Jerzy Lejk odchodzi z ratusza i znajduje pracę w Budimeksie. To właśnie ta firma po dwóch latach wygrywa przetarg na budowę stacji metra Dworzec Gdański.

Nieoczekiwanie w 2002 r. Wojciech Kozak, ówczesny wiceprezydent z rekomendacji PO, mianuje Lejka wiceszefem metra odpowiedzialnym za jego rozbudowę. Kozakowi nie przeszkadza to, że Lejk do metra przechodzi z Budimeksu, który wciąż stara się o kolejne zlecenia przy drążeniu tuneli.

Gdy trzy lata temu Lech Kaczyński objął urząd prezydenta Warszawy, zaczął zwalniać ludzi związanych z "układem warszawskim". Wydawało się, że Lejk będzie musiał się pożegnać z pracą w metrze. Tak się jednak nie stało.

- Lejk dał popis lojalności wobec nowej władzy. Były dyrektor metra chciał utrudnić przekształcenie metra w spółkę. Lejk zaczął z nami współpracować. Nadzorujący go wiceprezydent to docenił - mówi jeden z działaczy warszawskiego PiS.

- Za Lejkiem chodzi mit fachowca. On potrafi snuć piękne plany. To się podoba politykom. Niestety, nie potrafi realizować własnych pomysłów - mówi Maciej Wnuk, radny PiS.

Faktycznie, za rządów Lejka w warszawskim ratuszu remonty dróg się ślimaczyły. Gdy był wiceszefem metra, tempo budowy podziemnej kolejki osłabło.

Teraz będzie w pełni odpowiedzialny za działanie metra. To jedna z największych miejskich spółek. Codziennie przewozi ponad 350 tys. pasażerów. Co roku z budżetu państwa i miasta dostaje nawet 300 mln zł na budowę kolejnych stacji.