Jak pracuje inspektor skarbowy, tropiciel lewych dochodów

26.12.2005 20:01

Fot. Adam Kozak / AG

Służby skarbowe wolą kontrolować kioski, sklepy i warzywniaki, bo to bezpieczniejsze, niż narażać się gangsterom, którzy zgromadzili milionowe majątki, choć oficjalne dochody mają niewielkie


Rafał Zasuń: Z jakich grup społecznych rekrutuje się Pana "klientela"?

Inspektor X ("Gazeta" poznała go dzięki forum www.skarbowcy.pl, zgodził się porozmawiać pod warunkiem zachowania anonimowości): Z różnych. Jest sporo zwykłych bandytów - handlarzy narkotykami, wymuszających haracze itd. Są jumacze [złodzieje kradnący w Niemczech i przywożący "towar" do Polski - red]. Są przedsiębiorcy, którzy cały czas mają straty. Wszyscy w PIT-ach podają, że zarabiają niewiele, a nie wiedzieć z czego budują luksusowe domy i kupują coraz droższe samochody.

Ilu takich "klientów" ma Pan rocznie?

- Przez rok udaje się zakończyć cztery-sześć postępowań. Zazwyczaj prowadzi się kilka jednocześnie. Jest taka niepisana zasada: jeden rok - jedno postępowanie - jedna decyzja. Postępowanie zakończone w pół roku oznacza tempo ekspresowe - zazwyczaj trwa od dziewięciu do 12 miesięcy, a jeśli izba skarbowa skieruje sprawę do uzupełnienia bądź ponownego rozpatrzenia, zajmuje to kolejne pół roku.

Długo.

- To musi tyle trwać. Ludzie mają wyobraźnię i podają rozmaite wytłumaczenia. Najczęściej mówią, że dostali sporo rozmaitych darowizn od członków rodziny. Darowizny są niewielkie, nie przekraczają sum, od których trzeba płacić podatek od darowizn, ale w sumie dają sporą kwotę. Nie jest łatwo zaprzeczyć takim dowodom - z uwagi na kwoty wolne od podatku nie istnieje obowiązek rejestracji takich umów w urzędzie skarbowym. Konieczne jest wtedy szczegółowe przesłuchanie - jeśli darowizny i pożyczki faktycznie miały miejsce, strony tych umów nie pogubią się w trakcie przesłuchania nawet w przypadku bardzo szczegółowych pytań.

Powszechnym zjawiskiem jest także tłumaczenie się podatników z kosztownych wydatków, że przed kontrolą mieli oszczędności, ale przechowywali je w domu. Trzymali je w przysłowiowej skarpecie mimo wysokiej niegdyś inflacji, atrakcyjnych lokat bankowych, możliwości zakupu obligacji skarbu państwa. Wtedy stosujemy tzw. paragraf zdrowego rozsądku i doświadczenia życiowego - musimy po prostu ocenić, w jakim stopniu takie tłumaczenie jest prawdopodobne.

Ale łatwe to chyba nie jest?

- Udowodnienie podatnikom, że kłamią, jest trudne, bo ludzie w starciu z fiskusem są ogromnie solidarni. Zawsze się wspierają i trudno im się dziwić. Wujkowie, ciocie, dziadkowie i babcie - wszyscy zeznają, że darowali pieniądze takiemu delikwentowi. Daje to obraz Polski i Polaków jako krainy ludzi życzliwych i niezwykle pomocnych. Inna sprawa, że najczęściej majętne osoby - budujące domy i nabywające luksusowe samochody - otrzymywali darowizny i pożyczki od członków rodziny, którzy sami zarabiali znacznie poniżej średniej krajowej.

A jak nie starcza im krewnych?

- To wymyślają coś innego. Np. mówią, że pracowali za granicą na czarno. Nie zdają sobie sprawy, że nie ma to żadnego znaczenia, bo podatek tak czy owak trzeba zapłacić, nawet jeśli pracowali kilkanaście lat temu.

Czasem tłumaczą się zupełnie śmiesznie. Miałem "klienta", który całkiem serio opowiadał, że zbierał wraz z rodziną grzyby i jagody, sprzedawał je w mieście i w ten sposób zarobił na dom. To oczywiście na pierwszy rzut oka bzdura - zbieranie runa leśnego może stanowić uzupełnienie domowego budżetu, ale trudno dać wiarę, by stanowiło główne źródło dochodów na budowę okazałej rezydencji. Zapytałem go, na jakiej ulicy handlował tymi grzybami i jagodami. Wymienił reprezentacyjną aleję, gdzie handlować nie wolno. Napisałem do straży miejskiej, czy chociaż raz go widziała, udzieliła mu pouczenia czy dała mandat. Odpowiedzieli, że w ogóle go nie znają.

Podobno niektórzy desperaci mówią, że zarobili na prostytucji? Zarobki z prostytucji nie podlegają opodatkowaniu, bo jest to "czynność, która nie może być przedmiotem prawnie skutecznej umowy".

- Tak, to się zdarza coraz częściej. Wcześniej ludzie się wstydzili, ale teraz nie mają żadnych skrupułów. Jeżeli ktoś nie potrafi udowodnić, że rzeczywiście zajmuje się prostytucją, to przegra sprawę. Muszę pytać wtedy o szczegóły. Jakich ma pani klientów, kto może to potwierdzić, gdzie to się odbywało, od czego uzależniano wysokość stawki za usługę. Pytam, jaki rodzaj usług erotycznych podatnik oferuje, pytam o cennik itp. Muszę przy tym cały czas zachować powagę.

Czasami ludzie mówią, że prostytucję uprawiali za granicą albo klientami byli sami cudzoziemcy, np. Niemcy. Pytam więc np., jak jest po niemiecku "do buzi".

Współpracuje Pan z policją?

- Nie wiem, jak to jest w innych województwach, ale u nas współpraca wygląda źle. Dwa razy miałem problemy, bo skorumpowani policjanci "wystawili" mnie gangsterom. Często okazuje się, że niektórzy z policjantów są w jakichś układach z gangsterami lub wręcz z nimi współpracują. Wtedy informacja o zamierzonych kierunkach działań kontrolnych lub szczegółach postępowania może oznaczać dla mnie poważne kłopoty. W moim przypadku jeden z policjantów powiedział mi, że podatnik chce się ze mną dogadać za dużą kwotę pieniędzy, i chciał uczestniczyć w tym jako pośrednik. Później okazało się, że prawdopodobnie razem współpracowali przy innych przedsięwzięciach. Nie muszę dodawać, że propozycje korupcyjne zdarzają się przy niemal każdej tego typu kontroli i trzeba być odpornym na takie pokusy, ale to przecież wpisane jest w nasz zawód. Poza tym uważam, że nie ma absolutnej szczelności informacji w kontaktach z policją, więc gdy na etapie zbierania informacji o podatniku jeszcze przed wszczęciem postępowania dowiedziałby się on o planowanej kontroli, zawczasu przygotowałby sobie różne mało prawdziwe wersje, ale za to już znakomicie udokumentowane i przedyskutowane z prawnikami. Teraz w ogóle nie dzielę się z policją informacjami.

Jak więc Pan szuka swoich "klientów"?

- Różnie. Wbrew pozorom pożytek z donosów jest niewielki. Kopalnią informacji są rejestry nieruchomości i samochodów. Tam przesiaduję bardzo często. Sporo "klientów" dostajemy też z wywiadu skarbowego.

Gangsterzy najczęściej rejestrują swoje domy i samochody na rodzinę. Co Pan wtedy robi? Czy lepiej opodatkować gangstera, czy jego ciocię lub babcię?

- Oczywiście, iż byłoby lepiej opodatkować gangstera, ale jeśli formalnie majątek rozpisany jest na członków rodziny i znajomych, postępowania wszczyna się wobec nominalnych właścicieli, a w przypadku zajęcia majątku na poczet zapłaty podatku gangstera boli tak samo. W takiej sytuacji nie można opodatkować przestępcy, bo formalnie majątek nie jest jego. A nie słyszałem o choćby jednym przypadku, by "figurant" przyznał, że tylko firmował nabycie na rzecz trzeciej osoby.

Pracownik wydziału śledczego amerykańskiego IRS opowiadał mi, że dla nich najważniejsze nie jest odzyskanie podatku, lecz wsadzenie delikwenta do więzienia.

- U nas jest inaczej. Kierujemy wnioski do sądu, ale tam zapadają jakieś śmiesznie niskie kary, z reguły grzywny. Ale nie wiem, czy to źle - nawet w sprawach karnych przestępcom łatwiej odsiaduje się wyroki, jeśli wiedzą, że po wyjściu na wolność czeka na nich spory majątek zdobyty w nielegalny sposób. Być może sąd uważa, iż zapłata 75 proc. podatku już jest karą. Co jednak mają powiedzieć ci, którzy wiele lat temu musieli zapłacić podatek wg stawki 40 proc.?

Ale biorących pod stołem adwokatów i lekarzy groźba więzienia za niezapłacone podatki mogłaby zdyscyplinować.

- Adwokatami i lekarzami do tej pory się nie zajmowałem. I mówiąc szczerze, nie wiem dlaczego.

Z punktu widzenia kodeksu karnego skarbowego nie ma znaczenia, czy nie zgłasza dochodu do opodatkowania przedsiębiorca, lekarz, prawnik czy złodziej - wszyscy oni popełniają te same przestępstwa przeciwko obowiązkowi podatkowemu. Być może bardziej medialne jest opodatkowanie gangsterów, ale niekoniecznie bardziej pożyteczne społecznie. Poza tym z naszego punktu widzenia bezpieczniej jest prowadzić kontrolę wobec lekarzy, prawników niż wobec pospolitych przestępców.

Dlaczego fiskusowi tak słabo idzie wykrywanie dochodów z nieujawnionych źródeł? W ciągu roku łapie się zaledwie kilkaset osób. Jednocześnie urzędnicy przesiadują wielokrotnie w tych samych firmach, próbują złapać je na jakichś drobiazgach typu źle zaksięgowana faktura, nie w terminie odliczony VAT itd.

- To się powoli zmienia. Dużymi firmami, które do tej pory były najczęściej kontrolowane, zajmują się wydzielone duże urzędy skarbowe, więc coraz więcej pracowników urzędów kontroli skarbowej musi zająć się prześwietlaniem osób fizycznych. Ale na pracę inspektorów skarbowych przełożeni wywierają presję - by szybciej kończyć postępowania, by robić kolejne kontrole, by "natrzaskać" jak najwięcej sztuk. Pewnie, że w oczach dyrekcji lepszy jest milionowy domiar na jakiejś pomyłce księgowej w ogromnym przedsiębiorstwie - powiedzą, że bronią nas wyniki - niż masa pracy przy nieujawnionych źródłach z efektem rzędu kilkudziesięciu czy kilkuset tysięcy. Lepiej robić kontrole w kioskach, warzywniakach i sklepach, bo to podatnik nieobyty z przepisami i ryzyko raczej zerowe. Szefowie zapominają o prewencji i ogromnym efekcie psychologicznym w przypadku opodatkowania dochodów z różnych nieuczciwych interesów.

Ale są urzędy i zespoły kontrolerów, którzy opodatkowują nielegalnie zgromadzone dochody, zajmują majątek - mimo że mamy faktycznie milion powodów, by tego nie robić - sprawy się ciągną (można w tym czasie zrobić kilka normalnych kontroli), uzbrojeni jesteśmy jedynie w brulion, kalkulator i długopis oraz teczkę służbową. Używamy naszych własnych kamer i aparatów fotograficznych, żeby utrwalić wnętrza domów kontrolowanych podatników. A w dodatku narażamy się podejrzanym klientom.

Grożono Panu?

- Kilka lat temu spalono mi samochód. Wielokrotnie sugerowano mi, że mogą mnie spotkać różne nieszczęścia i wypadki. Zdarzało się, że nie spacerowałem wieczorami po osiedlu. Trzeba mieć dużą odporność psychiczną i nie być podatnym na stres. Na jakieś ryzyko człowiek jest przygotowany - tłumaczymy naszym "klientom", że to działa aparat, maszyna, urząd, że jeśli nie ja, to kolega to zrobi, że decyzje przygotowywane są wieloosobowo, że pracują nad tym i ludzie z policji, i z urzędu skarbowego, i z urzędu kontroli skarbowej - wszystko po to, by rozłożyć odpowiedzialność, tak by nasz klient nie zaczął traktować całej sprawy personalnie. Czasem zastanawiam się, czy powinienem trzymać na biurku zdjęcia dzieci - przecież odsłaniam w ten sposób swój słaby punkt. Mimo wszystko mam nadzieję, że to, co robimy, ma jakiś sens i na pewno daje dużą satysfakcję. Na uznanie dyrekcji i nagrody finansowe już nie liczę.

Zobacz także
Skomentuj:
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Najnowsze informacje