W łagrze bolały nawet wspomnienia z Wigilii - wspomina prof. Barbara Skarga

Wigilia w obozie pracy na Syberii?! To ostatnie miejsce, gdzie można by obchodzić Wigilię. Przecież Związek Radziecki to było państwo całkowitego ateizmu i nie było mowy o żadnych katolickich ani prawosławnych świętach. Szło się do pracy jak co dzień. Pobudka o godz. 6 rano, bieg do stołówki po zupę z owsa, łyżkę kaszy i parę kromek czarnego chleba i wymarsz do pracy w tajdze.
Do godz. 19 pracowałam przy wyrębie lasu. Ledwo trzymałyśmy te siekiery czy piły elektryczne. Śnieg po pas, zgrabiałe ręce, przemoczone łachy. Wokół szalał buran, czyli zamieć śnieżna. Potem powrót do obozu, strażnicy, którzy przetrząsali nasze rzeczy w poszukiwaniu chleba, bo każda schowana kromka oznaczała ich zdaniem chęć ucieczki. W barakach siedziałyśmy po 60 kobiet. Panował gwar, wciąż wybuchały kłótnie. Rosjanki nie obchodziły świąt. Wszystko, co mogłyśmy zrobić, to z kilkoma Polkami i Litwinkami gdzieś w kącie baraku złożyć sobie po cichu życzenia. Nie było się nawet czym połamać, bo nie było opłatka. Czarny chleb rzadko dotrwał do wieczora, bo każdy był okropnie głodny i szybko go zjadał.

Czego sobie życzyłyśmy? Żeby odzyskać wolność i wrócić do kraju.

Tylko raz udało mi się świętować Wigilię w obozie w Uchcie na Syberii. Było to w 1948r., kiedy dostałam pracę jako pielęgniarka w obozowym szpitalu. W tajemnicy zebrało się kilka osób. Na szpitalnym tranie usmażyliśmy rybę, którą Rosjanie nazywali sazan. To był nie lada przysmak dla głodnych ludzi. Wróżyliśmy sobie z podartego papieru. Przez moment było nam wesoło.

W obozach spędziłam 11 lat. Z czasem wspomnienie polskich świąt zaczęło się zacierać. Dzieciństwo wWilnie wydawało się nierealne. Z trudem przypominałam sobie także wyjazdy na rodzinne Wigilie do wsi Chocieńczyce. Mieliśmy tam dworek. Były: szczupak w galarecie, śledź w śmietanie, zupa grzybowa z uszkami ugotowana na dobrych borowikach. Do tego makowiec z rodzynkami, bakalie, orzechy, daktyle i figi. W prezencie dostawałam narty, rower, choć najbardziej kochałam książki. Jeździłam na swoim ulubionym koniku. To wszystko z perspektywy sowieckiego łagru wydawało się odległym snem. Nie chciało się niczego wspominać, bo to przynosiło ból. Człowiek myślał, żeby się umyć i szybko położyć się spać, odpocząć, zachować zdrowie, przeżyć.

Czy obchodziłam w obozie sylwestra? Władza sowiecka uroczyście obchodziła rocznicę wybuchu rewolucji oraz święto 1 Maja. W sylwestra nie było żadnej zabawy. Przecież cisza nocna zaczynała się o godz. 22. Co najwyżej 1 stycznia mieliśmy wychadnoj, czyli dzień wolny. Czasem przyjeżdżało do nas kino. Pokazywali filmy trofiejne, czyli zdobyte na wrogu. Pamiętam, że oglądaliśmy "Tarzana wśród małp". Czasem też zagrała obozowa orkiestra albo ktoś zagrał na harmoszce, czyli akordeonie.

Oczywiście nie mogło być mowy o kreacjach. Kobiety nosiły jakieś łachy, walonki. Niektóre szyły sobie swetry z koca. Szare lica, podpuchnięte oczy, zapadłe policzki. Wokół nas Głodny Step, śnieg po horyzont. Liche baraki, drut kolczasty. Takie były moje syberyjskie święta.