Orliński: Walka ze słomianą kukiełką

Dyskusja o kopiowaniu filmów w Internecie. Okradając firmę Gutek Film, okrada się osobę bezdyskusyjnie zasłużoną dla kultury, oferującą filmy ambitne i niekomercyjne - z Jaroslawem Lipszycem polemizuje Wojciech Orliński
We wczorajszej polemice z Romanem Gutkiem - dystrybutorem filmowym protestującym przeciwko piractwu filmów z jego oferty - Jarosław Lipszyc nie odnosi się do konkretnych wypowiedzi swego adwersarza. Zamiast tego obficie cytuje swego ideologicznego guru Lawrence'a Lessiga z jego diatryby przeciwko... no właśnie, komu? W kulturze anglosaskiej taką postawę nazywa się "straw man argument", czyli "taktyka słomianej kukiełki". Łatwiej obalać argumenty fikcyjnej "słomianej kukiełki" niż prawdziwego oponenta.

Lipszyc, cytując Lessiga, obala "siedem mitów", które mają luźny związek z wypowiedzią Gutka. Widać to już w przypadku pierwszego mitu, którym ma być: "ściąganie filmów jest niemoralne". "W wielu przypadkach jest to legalne" - twierdzi Lipszyc protestuje "pomijaniu tych przypadków milczeniem". Oczywiście, można legalnie ściągnąć reklamę filmu (tzw. trailer) albo czyjś film z wesela. Roman Gutek istotnie "pomija to milczeniem", tak samo zresztą, jak "pomija milczeniem" trudną sytuację rolników w Patagonii, bo po prostu nie chodzi mu o filmy z wesela. Chodzi mu o jak najbardziej nielegalne pirackie kopiowanie filmów, do których ma dystrybucyjne prawa na Polskę.

Punkt drugi, trzeci i szósty polemiki Lipszyca krążą wokół oskarżania dystrybutorów filmowych, że nie mają pozytywnej propozycji dla tych, którzy chcą ściągać filmy z internetu. Tutaj Lipszyc ma rację - płyta DVD to rozwiązanie mniej wygodne i z wielu powodów anachroniczne. Zgadzam się z jego pochwałą sukcesu serwisu muzycznego (który rozszerza właśnie swoją ofertę o filmy, na razie tylko telewizyjne) iTunes Music Store.

Jednak chwaląc iTunes Music Store, Lipszyc pisze: "Dopóki dystrybutorzy nie zaczną sprzedawać filmów w postaci cyfrowej, do ściągnięcia na dysk, bez obostrzeń DRM (Digital Rights Management) wymuszających stosowanie konkretnych programów i ograniczających korzystanie z filmów - dopóty nie mogą liczyć na zainteresowanie internautów". Przeczy w ten sposób sam sobie. iTunes Music Store zyskał uznanie internautów właśnie dlatego, że zaoferował sensowne obostrzenia DRM, zadowalające zarówno dla internautów, jak i posiadaczy praw autorskich.

iTunes Music Store - jak sama nazwa wskazuje - wymusza stosowanie konkretnego programu (mianowicie iTunes). Nie jest to dotkliwe ograniczenie, bo iTunes jest dostępne zarówno na pecety, jak i na macintoshe, a więc może go używać praktycznie każdy posiadacz komputera osobistego wyprodukowanego w tym stuleciu. Ograniczenia DRM sprawiają, że zakupionego pliku nie można wpuścić do pirackich serwisów, ale można go np. używać na kilku domowych komputerach albo sporządzić "kopię bezpieczeństwa". DRM pozwala więc nasycić się wilkowi (firmy fonograficzne mają ochronę swojej własności intelektualnej), ale owca pozostaje cała (nabywca pliku może z nim robić praktycznie wszystko, co chce - z wyjątkiem piracenia).

Jest jedno ale - iTunes Music Store na terenie całej "starej Unii", ale nie w Polsce. Jednym z powodów jest panująca u nas kultura powszechnego przyzwolenia na piractwo - u nas kupienie legalnie czegoś, co można "zajumać" ewentualnie "zassać", zwykle uważane jest za "frajerstwo". Lipszyc zarzuca Gutkowi mylenie skutku z przyczyną, ale sam popełnia ten błąd. Dopóki piractwo będzie u nas społecznie akceptowane - serwisy typu iTunes Music Store będą zasięg swojego działania kończyły na Odrze.

"Mit czwarty i piąty", obalane przez Lipszyca, to znowu argumenty "słomianej kukiełki". "Osoby ściągające filmy z sieci za darmo nie chodzą do kina ani nie kupują płyt. To poważne oskarżenie" - pisze Lipszyc. I potem je triumfalnie obala. Pięknie, ale nie przypominam sobie, by ktoś tak twierdził. Roman Gutek nie twierdził też, że jego płyty DVD byłyby tańsze, "gdyby je wszyscy kupowali". Kto jak kto, ale Gutek Film nie specjalizuje się w filmach "dla każdego". Nie wszyscy kupią, powiedzmy, "Idiotów" Larsa von Triera - i cena płyty musi odzwierciedlać niszowość produktu.

"Mit siódmy i najważniejszy" brzmi tak: "Świat, w którym nie można w trzy sekundy znaleźć polskich napisów do każdego filmu, jest światem lepszym". Znowu - próżno szukać takiej wypowiedzi Romana Gutka. Chłoszcząc swoją słomianą kukiełkę, Lipszyc kreśli obraz totalnej utopii, w której dowolne dzieło kultury jest "niekomercyjnie", dostępne dla każdego. To bardzo piękna utopia i sam bym się w niej kiedyś chciał znaleźć, ale mamy dopiero początek XXI wieku a w nim bieżące problemy. Takie jak np. piractwo utrudniające działalność legalnych, płacących tantiemy i podatki dystrybutorów filmowych.

Domyślam się, skąd skłonność Lipszyca do używania "taktyki słomianej kukiełki". Gdyby nie chodziło akurat o Romana Gutka, lecz o dystrybutora amerykańskich przebojów filmowych - przez proste "kopiuj/wklej" z Vademecum Młodego Alterglobalisty Lipszyc mógłby wystrzelić całą serię sloganów o "bezdusznych megakorporacjach". Ale okradając firmę Gutek Film, okrada się osobę bezdyskusyjnie zasłużoną dla kultury, oferującą filmy ambitne i niekomercyjne.